Nowości
Początek / Blogi / „Chcę, żebyś był”
„Chcę, żebyś był”

„Chcę, żebyś był”

Kiedy się zastanawiam, co w ostatnich czasach, a nawet w dłuższej perspektywie, najbardziej mnie uderza i co najsilniej zapada mi w świadomość i w pamięć z czytanych na co dzień biblijnych perykop, zdecydowanie na pierwszy plan wybijają się mało spektakularne na pierwszy rzut oka sceny dialogów Jezusa z osobami, które On spotyka i które za chwilę najczęściej albo uzdrawia, albo powołuje. Krótka wymiana. Zwykle dwa-trzy zdania. Lakoniczne, ale najbardziej intymne, bliskie, przenikliwe, otwarte, jakie umiem sobie wyobrazić. Zdaje się, że wystarczy tam niemal wyłącznie wymiana spojrzeń, jak w przypadku Ewangelisty Mateusza, żeby rzucić wszystko i pójść w innym kierunku. Żeby doświadczyć radykalnej życiowej zmiany. Uzdrowienia. Odtąd wszystko ma szansę być inaczej. Jedno słowo wystarcza, żeby uleczyć i przywrócić sens. Co to za słowo?

Uwielbiam taki fragment Ewangelii Markowej (Mk 1, 40-41), ciągle mam go w głowie i ciągle do niego wracam:

„[...] przyszedł do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!»”.

To proste, ale niesamowicie mocne Boże „chcę” wypowiedziane do człowieka jest źródłem jego istnienia. Życia. Zdrowia. Bo jest synonimem bezwarunkowej akceptacji, przyjęcia drugiej osoby w całości. Ma w sobie pierwotne „chcę, żebyś był” (T. Halik), czyli podstawowe pragnienie dające się odnaleźć jako podstawa każdej miłości. Pragnienie, którego jednocześnie chyba nie da się zostawić bez odpowiedzi, które rodzi pragnienie zwrotne.

W tych moich ulubionych scenach spotkań zawsze człowiek przychodzi do Boga, niosąc coś w rodzaju boleśnie mglistej, racjonalnie nieuzasadnionej, niepewnej w tym napiętym oczekiwaniu na cud wiary i nadziei, która dla Boga okazuje się jednak zupełnie wystarczająca, bo w obliczu Jego działania nabiera wielkiej mocy:

„Gdy Jezus przechodził, szli za Nim dwaj niewidomi, którzy głośno wołali: «Ulituj się nad nami, Synu Dawida». Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: «Wierzycie, że mogę to uczynić?». Oni odpowiedzieli Mu: «Tak, Panie». Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: «Według wiary waszej niech się wam stanie»”. (Mt 9, 27-31)

Człowiek, stworzony i istniejący Bożym pragnieniem, przychodzi i z niepokojem czeka na potwierdzenie sensu tego swojego istnienia. Potwierdzenia, że jest upragniony, chciany, bo w tym przecież cały sens, w tym zdrowie. I ponownie słyszy od Boga-Człowieka: tak, chcę, żebyś był.

Dla mnie to idealny model i wzorzec wszelkiego dialogu, każdego spotkania. Zadzierzgnięcie kontaktu. Communicatio. Moment, w którym całkowita otwartość, przejrzystość, dotknięcie prawdy o sobie w najbardziej zasadniczym wymiarze własnego bycia wymiata z kanału komunikacyjnego i znosi wszystko, co mogłoby blokować tę wymianę pragnień pomiędzy człowiekiem i człowiekiem. Człowiekiem i Bogiem. Jeden i drugi chce, żeby ten, którego spotyka, po prostu BYŁ. Tylko tyle i aż tyle.

Jak się to przekłada na moje wybory i ukierunkowania w byciu z dziećmi? Ano przekłada się ściśle. Od dawna widzę, jak dużo w tym kontakcie, w którym to ja jestem na razie na uprzywilejowanej pozycji – starsza, większa, więcej wiedząca, dysponująca o wiele większymi, skuteczniejszymi środkami etc. – zależy od mojego prostego chcenia. Od ukierunkowania mojej woli. Czy ona będzie dobra, otwarta na drugiego, na dziecko, czy leniwa, opieszała, sfatygowana, unikająca zaangażowania. Jakkolwiek abstrakcyjnie to może brzmieć, w rzeczywistości przekłada się bardzo konkretnie na jakość relacji, na nasze zachowania, na całe ciągi zachowań dzieci, a w konsekwencji na ogólny kierunek ich rozwoju, na to, w którą stronę dojrzewają, kształtują się. Czasem mi ta perspektywa bardzo ciąży, odpowiedzialność przytłacza. Czemu aż tak wiele zależy od samego mojego chcenia, od stopnia mojego zaangażowania, mojej gotowości na otwarcie się i przyjęcie drugiego z całą jego niepojętą dla mnie innością, tyle razy przekraczającą albo nawet rujnującą wszelkie moje plany, wyobrażenia? Nie zawsze umiem temu sprostać. Czasem wymiękam. Osuwam się w nicnierobienie, w konformizm, chronienie własnych granic, wygody oswojonego status quo, w stagnację. Tak się często zaczynają kryzysy, okresy, w których wszystko się sypie,  w których zaczynamy się ze sobą siłować w imię martwych już – jak się okazuje – zasad. Linie, granice, które dotąd wytyczały rozwój wzajemnych relacji, pękają. Pojawia się potrzeba zmiany. Usłyszenia od nowa owego „chcę”. Ja potrzebuję to usłyszeć. Od Boga i od moich bliskich też. Moi bliscy, dzieci i mąż, potrzebują usłyszeć to ode mnie. Ciągle od nowa. Raz nie wystarczy. Wszyscy potrzebujemy, jak powietrza bezwarunkowej akceptacji, żeby żyć, funkcjonować, być zdrowymi. Dlatego dobrze, że to słowo jest zapisane raz na zawsze i że w każdej chwili można do niego wrócić, przypomnieć sobie o nim.

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

Jeden komentarz

  1. Poryczałam się…!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry