Nowości
Początek / Blogi / O magii świąt, dzieciach i zaufaniu
O magii świąt, dzieciach i zaufaniu

O magii świąt, dzieciach i zaufaniu

Kiedyś, dawno, z okazji Bożego Narodzenia życzyłam zazwyczaj swoim bliższym i dalszym znajomym doświadczenia „magii świąt”. Dziś mnie ten zwrot nieco irytuje, a na pewno wydaje mi się obcy i mało trafiony. Co się zmieniło?
Myślę, że po pierwsze dawniej całkiem inaczej go rozumiałam. Ta wszechobecna magia była dla mnie synonimem specyficznego świątecznego nastroju, zbudowanego po trosze na tym, co się dzieje, a przynajmniej co w naszych wyobrażeniach powinno się dziać w czasie świąt w relacjach międzyludzkich, po trosze na nostalgii względem zapamiętanych z dzieciństwa wigilijnych tradycji, po trosze na całym estetycznym wymiarze obchodzenia świąt, a także na nieokreślonej tęsknocie za ich głębszym wymiarem, którego na komercyjnej powierzchni próżno szukać. Życząc zatem magicznych świąt, chciałam życzyć tego wszystkiego na raz: i ciepła rodzinnego domu, i subtelnie pięknych błyskotek, i blasku świec, i wirujących płatków śniegu, i starannie nakrytego wigilijnego stołu i także, z głębi serca, dotknięcia tej nieugaszonej, ale życiodajnej egzystencjalnej tęsknoty gdzieś pod tym wszystkim ukrytej.
Wraz z upływem czasu, w miarę jak z wiekiem coraz silniej wrastałam w otaczającą mnie rzeczywistość, i tę zewnętrzną i tę wewnętrzną, przesuwały mi się znaczenia pojęć. Fenomen magicznego patrzenia na świat zweryfikował mi się dopiero kiedy, wkraczając w druga połowę życia, na własnej skórze doświadczyłam kryzysu nieufności i lęku. Obawy przed potencjalnie zagrażającą mi rzeczywistością, w której byłam zanurzona. Strachu przed utratą kontroli nad nią. Trochę trudno i wstyd było mi się do korzeni tego doświadczenia dokopać i samej przed sobą przyznać, że u jego podłoża leżał – najprościej – zasadniczy lęk przed śmiercią.
Kiedy rzeczywistość postrzega się przez pryzmat lęku i czuje się przez nią zagrożonym, to ma się wówczas tendencję do jej magicznego postrzegania. Do przekonania, że aby ją oswoić i uczynić bezpieczną, muszę mieć nad nią kontrolę. Ale jako że wszelka kontrola to tylko złudzenie, pozostaje uciec się do rozpaczliwego gestu boleśnie nieskutecznego zaklinania rzeczywistości. Do wiary w to, że mogę ją samodzielnie obmyślić tak, żeby dla mnie było wygodnie i bezpiecznie.
Sądzę, że myślenie magiczne może mieć różne podłoża, ale gdzieś u źródła zawsze chodzi o niezgodę na taką rzeczywistość, jaka jest nam dana i o chęć jej przemiany podług własnych wyobrażeń i potrzeb.
Tymczasem święta Bożego Narodzenia to – zupełnie antymagicznie – święta totalnego zaufania. Do wszystkiego, co nas otacza. Do świata. Do ludzi. Do Boga. Święta powierzania się z ufnością fali życia – niech mnie zagarnie i niesie. Bóg nas własnym przykładem zaprasza do takiej bezgranicznej ufności, powierzając się nam bez reszty, przychodząc jako całkowicie  bezbronne Niemowlę – nieskończenie ufne, zdane na łaskę i niełaskę ludzi, a jednocześnie niespodziewające się z ich strony żadnego niebezpieczeństwa, żadnego zła, zagrożenia. Zaufanie jest miarą miłości. Powierzając się Drugiemu, czy to człowiekowi, czy Bogu, bezgranicznie wierzę – wierzę w niego! – że mnie nie skrzywdzi. Wierzę w jego dobro i miłość do mnie. Czyli zaufanie jest miarą miłości, katalizatorem bliskości i sensem wiary.
Tak sobie myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy, jaką mi dają moje dzieci, jest od lat trwająca wielka lekcja zaufania. Pamiętam, że w czasach niemowlęcych chłopaków najwięcej tkliwości, czułości i instynktu chronienia dzieci przed wszystkim, co złe, budziła we mnie refleksja nad tą ich absolutną ufnością do świata, do mnie. Później obserwowałam przedszkolaki bez strachu zbliżające się do ognia i wody, otwierające się przed przygodnie spotkanymi ludźmi. Teraz rozmawiam z wczesnoszkolniakami, nieobawiającymi się snuć w mojej obecności swoich najśmielszych dywagacji o świecie, niebojącymi się powierzać mi swoich najbardziej intymnych, czasem nieokiełznanych i gwałtownych myśli, trudnych emocji. Patrząc na chłopców widzę, że oni po prostu wierzą, że ich kocham. I mimo wszelkich wpadek ciągle od nowa dają mi ogromny kredyt zaufania.
Chciałabym umieć jak najdłużej chronić tę ich dziecięcą ufność – niech wzrasta razem z nimi, niech z niej nie wyrastają – i samej się jej od dzieci uczyć. Wydaje mi się, że zaczynam rozmieć, co znaczy, że tylko ci, co staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa.

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry