Nowości
Początek / Blogi / O rozwoju przez kryzysy i przereklamowanych granicach
O rozwoju przez kryzysy i przereklamowanych granicach

O rozwoju przez kryzysy i przereklamowanych granicach

Muszę się do czegoś przyznać. Czasem mam opory z pisaniem osobistych tekstów do przestrzeni publicznej, bo bardzo, bardzo źle się czuję w roli mentora, a paradoksalnie nie zawsze umiem tę rolę odwiesić na hak, kiedy się biorę do tego rodzaju pisania.
Moja długa przerwa w blogowaniu tutaj wyniknęła z długiego kryzysu macierzyńskiego, jaki przeżywałam jakoś od późnej wiosny. Będąc w samym środku tornada ciężko mi je było ogranąć, zracjonalizować, wysnuć z niego jakiekolwiek wnioski. Miałam tylko jedno wielkie, pełne lęku pytanie: czy mój sposób na bycie z dziećmi jest ok, czy to raczej jeden wielki niewypał, który nie wiadmo, czym się skończy, do czego doprowadzi dzieci. Nic nie pisałam, bo bycie w kryzysie plus mentorski ton bloga wydawały mi się nie do zniesienia. A inny język jakoś opornie się budził.
Po tych kilku przeżytych miesiącach po raz kolejny wracam do dziwnego i paradoksalnego może przekonania, że najwięcej sensu nadal widzę w pisaniu właśnie o kryzysach. Choć umiem pisać tylko o takich już ogarniętych, bo w trakcie ich trwania nie mam do niczego za grosz dystansu i poruszam się niejako po omacku. Kryzys jest bolesny i wysoce nieprzyjemny. Tracę w nim kontrolę nad swoją rzeczywistością. Szczerze go nie lubię, bo przysprza mi autentycznego ciepienia, którego wolałabym uniknąć. Ale to jednocześnie jedyna w swoim rodzaju moja prawdziwa przestrzeń rozwoju. Pewnie, że da się też rozwijać łagodniej, mniejboleśnie, a bardziej harmonijnie jakimś czytaniem, słuchaniem, modlitwą na spokojnie. Jednak wszystko to dzieje się ciągle jakoś asekuracyjnie, bez puszczania zabezpieczających barierek, cały czas pod moją kontrolą. I w związku z tym ma o wiele niższą efektywność :D.
Kryzys to moment, kiedy większość zabezpieczeń, układów, które się wypracowało i w których się funkcjonuje, okazuje się niewydolnymi. To niepowtarzalny czas na wielki test zaufania (czyli w sumie wiary!) in real life. Różnie z niego wychodzę. Najczęściej z błogosławioną świadomością, że w tym moim zaufaniu wiele jeszcze dziur do połatania. Ale zwykle też z mglistym przeczuciem, że choćby wszystkie barierki popękały, to… jakoś to będzie. Ktoś mnie złapie, kiedy będę lecieć na łeb, na szyję.
Tym razem po kryzysie, który zakwestionował wszelkie moje wypracowane „metody wychowawcze”, jednego jestem (przynajmniej tymczasowo) pewna. Że w relacji z moimi dziećmi bardzo, ale to bardzo dużo zależy ode mnie samej. Od mojego wewnętrznego ładu, kontaktu z samą sobą, a szczególnie ze swoimi ograniczeniami. Że istotne niesłychanie są drobiazgi: świadomość własnych najdrobniejszych nastrojów, skłonności, tendencji, która często pomaga mi tu nie fuknąć, tam czegoś nie palnąć, nie zbyć niemiło z niechęci odpowiadania na kolejne meczące pytanie, tutaj zrezygnować z pokazania za wszelką cenę, kto ma rację i kto tu rządzi, a tam znów się wycofać w ogóle z kontaktu, kiedy czuję, że na nic konstruktywnego już w najbliższym czasie nie będę się mogła zdobyć. Pewna też jestem, że postawa otwartości, życzliwości, dobrej woli wobec dzieci daje tylko dobre efekty, może nie natychmiastowe, ale daje. Że relacja to żywa pulsująca tkanka, która nie znosi skostniałych układów, przedzałożeń, która wymaga gotowości do bycia i reagowania tu i teraz. Otwartości, ryzyka wystawienia się na wszelkie oddziaływania rzeczywistości, a nie obudowywania się kolejnymi granicami dającymi złudzenie bezpieczeństwa i kontroli.
Może brzmi to abstrakcyjnie, ale efekty pracy ze sobą samą – nie z dziećmi! – w tym kierunku są całkiem namacalne. Z kolejnymi mijającymi miesiącami (bo to wszystko działa bardzo długofalowo), najczęściej czuję się dobrze i komfortowo ze swoimi dziećmi. Ale nie na zasadzie idealnego układu, w którym każdy zna swoje granice i za wszelką cenę asertywnie ich strzeże. To jest raczej układ bardzo labilny i w gruncie rzeczy chwiejny – w kazdej chwili może runąć i zweryfikować własną wydolność – zakładający ryzykowne dla siebie otwieranie się na drugiego, a nie okopywanie w swoich nienaruszalnych granicach. Ciągle muszę się go uczyć i sobie o tym przypominać. To rzeczywistość bardzo dynamiczna, w której nic nie jest w oczywisty sposób bezpieczne i raz na zawsze załatwione. Rzeczywistość, której cały czas trzeba się uczyć, przekraczać swoje „ja”, robiąc to, czego się kompletnie nie umie. Ale mimo całej jej trudności, jest mi z nią szczerze lepiej niż z ustawionym na sztywno, zamknietym w granicach sposobem funkcjonowania. Taki układ daje dużo nadziei. Nic nie jest w nim raz na zawsze. Zawsze może być lepiej, nawet jeśli się tkwi w mniejszym lub większym kryzysie. Bo kryzysy są nieodzownie wpisane w ten układ. Ciągle na nowo sprowadzają go do pionu, dostosowują do naszych rodzinnych bieżących zapotrzebowań.

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

4 komentarzy

  1. Bardzo się w tym odnajduję. Jakbyś czytała mi w myślach. Dzięki

  2. Ania

    Kasiu, i ja dziękuję. Taka intersubiektywna wspólnota myśli, doświadczeń jest dla mnie czymś niesamowitym i zawsze się nacieszyć nie mogę, kiedy w taki sposób spotykam się z kimś innym, kto „też tak ma” :)

  3. Ja to tak doskonale widzę w moim trzylatku.. moja otwartość, szczere zainteresowanie, łagodność to jego spokój i równowaga. Przy nim uczę się nazywać swoje uczucia, szukać ich prawdziwych korzeni. Taki mały człowiek to niesamowite wyzwanie. W ostatnich dniach mam też takie przekonanie, że matkowanie to świetny trening chrześcijański: co i rusz uczę się umierać..
    pozdrawiam

  4. Ania

    Ola, nic dodać, nic ująć. Dziękuję za podzielenie się.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry