Nowości
Najważniejsze
fot. Jason (flickr)

Najważniejsze

Wielokrotnie jestem świadkiem zażartych dyskusji odnośnie wychowywania dzieci. Czy karać i jeśli tak, to w jaki sposób? Czy należy być konsekwentnym? Co złego niektórzy widzą w chwaleniu? Czy karny jeżyk pomaga? Czy spanie z dziećmi jest dobre, czy może jednak złe? Po co nam w zasadzie empatyczna komunikacja, skoro ludzie wcześniej obywali się bez niej i żyli?
Mnóstwo pytań i wątpliwości, które – oderwane od podstawowego kontekstu – zamiast wskazywać drogę, mogą powodować poczucie zagubienia i niedawania sobie rady w rodzicielstwie. Z drugiej strony mogą stać się jedynie słuszną opcją do przeforsowania, racją, której bronię zawzięcie, choć może nie do końca potrafię wytłumaczyć dlaczego.

Sporo spraw prostuje się, gdy odpowiem sobie na pytanie: O co mi w wychowaniu chodzi? Dokąd zmierzam? Jakimi dorosłymi chciałabym widzieć swoje dzieci?

Najważniejsze jest dla mnie to, aby moje dzieci czuły się kochane. Zakrawa to na banał, w istocie jednak jest fundamentem prawidłowego rozwoju. Bez poczucia bycia bezwarunkowo kochanym i akceptowanym trudno jest być szczęśliwym. Trudno budować satysfakcjonujące związki z innymi. Trudno mieć dobre zdanie o sobie. Trudno czuć się nasyconym – nawet jeśli pozornie posiada się wszystko.

Co to w ogóle znaczy: czuć się kochanym? Kiedy właśnie tak się czujemy ? Wydaje się, że to poczucie łączy się nierozerwalnie z byciem ważnym, dostrzeganym, szanowanym. Przyjmowanym z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z możliwością bycia sobą w pełni i w takiej pełni bycia akceptowanym przez najbliższych. Bez odgrywania, udawania, wchodzenia w role. Nieocenianym przez pryzmat swoich sukcesów bądź porażek.

Każdego dnia na nowo więc stawiam sobie pytanie: „czy moje dzieci czują się kochane?”.
Nie:„czy wiedzą, że je kocham” – bo wiedzą. Ale czy czują się akceptowane i przyjmowane bezwarunkowo? Nie tylko wtedy, gdy zachowują się w wygodny dla mnie sposób, gdy robią to, czego oczekuję, gdy podporządkowują się moim poleceniom – lecz przede wszystkim wtedy, gdy ich zachowania przestawiają mi szyki, gdy od rana do wieczora słyszę „nie”, gdy zapominają, spóźniają się, nie panują nad sobą, nie pilnują swoich rzeczy, gubią, psują, niszczą, brudzą, pyskują i co tam jeszcze…
Czy czują się kochane?
Gdy sprzeczamy się w jakiejś sprawie, gdy chcę, aby rozumiały, że ich zachowania przekraczają moje lub czyjeś granice, gdy chcę im pokazać, że życie wśród ludzi wiąże się z przestrzeganiem pewnych norm i zasad – czy wciąż czują się kochane bezwarunkowo?
A może raczej wiedzą, że nasza relacja zrywa się chwilowo, gdy zachowają się w sposób, którego nie akceptuję? Że to, jak się zachowają, jest dla mnie ważniejsze od tego, dlaczego zachowały się w ten, a nie inny sposób?
Czy czują się wciąż kochane, gdy przerosną je emocje, przytłoczą wyzwania, przygniotą obowiązki?
Czy faktycznie wiedzą, że denerwuję się na porozrzucane setny raz z rzędu skarpetki, czy też stwarzam im okazję do myślenia o sobie w niepochlebny sposób? Jak o leniach, bałaganiarzach, zapominalskich?
Czy czują się wtedy wciąż kochane? Albo przynajmniej – czy nie czują się niekochane?

Odpowiedź na te wszystkie rozterki nie jest oczywista. I nie jest wcale jednoznaczna. Pewnie czasem nie czują się kochane. Chciałabym, aby przeważnie się takie czuły, nawet jeśli czasem powinie mi się noga i zachowam się w sposób, który zachwieje chwilowo ich poczuciem bycia kochanym tak, jak tego potrzebują.
Właśnie. Nie: jak zasługują, ale: jak potrzebują. Miłość nie jest czymś, na co sobie trzeba zasłużyć, zapracować, co się należy za wyrobioną normę.

Zatem, choć to bardzo trudne, nieoczywiste i niejednoznaczne, stawiam sobie to pytanie wciąż i wciąż na nowo – bo pomaga mi uwolnić się od większości rozterek na temat tego, czy dobrze coś powiedziałam, zrobiłam, czy słusznie zadecydowałam.

To nie znaczy, że nie myślę, nie analizuję, nie dyskutuję z innymi i nie weryfikuję swoich założeń. Jednak nie muszę ich histerycznie bronić, nie muszę przełamywać się, by robić coś, czego nie chcę: bo dobry rodzic śpi z dzieckiem, karmi je w określony sposób, przemawia językiem żyrafy lub czeka spokojnie, aż dziecko odczuje całkowicie naturalne konsekwencje swoich poczynań.
To wszystko jest dobre, ale ma służyć, ma być środkiem do celu, a nie celem samym w sobie.
A moim celem jest wychowanie szczęśliwych ludzi.
I tak, to prawda: nikt już nie będzie się nad nimi tak pochylał ani zastanawiał, co czują, czego potrzebują. Jesteśmy – ja i mój mąż – prawdopodobnie jedynymi osobami na świecie, które są w stanie troszczyć się o nie w taki sposób. W sposób, dzięki któremu mogą rozwinąć w sobie poczucie własnej wartości, ufność wobec świata, przekonanie, że są ważne, ich potrzeby są istotne, że należy im się szacunek.

Małgorzata Musiał

Małgorzata Musiał
Zajmuję się wspieraniem rodziców w ich rodzicielskich wyzwaniach - prowadząc bloga www.dobrarelacja.pl oraz pracując w toruńskim stowarzyszeniu "Rodzina Inspiruje!". Skończyłam studia pedagogiczne, jednak największym polem doświadczalnym jest dla mnie – rzecz jasna – matkowanie trójce potomków. Każdego dnia na nowo staram się realizować rodzicielstwo oparte na osobistym doświadczeniu Boga - Ojca kochającego bezwarunkowo, bezgranicznie, zawsze.

2 komentarzy

  1. Mam wątpliwości co do ostatniego zdania, że dzieciom należy się szacunek. Fajnie by było, jakby ludzie szanowali dzieci, ale należy to znaczy dla mnie, że ktoś inny musi je szanować.

  2. Jestem znawcą Porozumienia bez Przemocy, psychologiem i upodobałam sobie rodzicielstwo bliskości, jako swój styl wychowania dzieci na ludzi szczęśliwych. Nie jest to łatwe. Na co dzień z dziećmi w domu. Popełniam błędy, ale mówię przepraszam. Bardzo mnie wspierają wszelkie artykuły, jak ten, bo w otoczeniu babć i innych ludzi jestem samotną wyspą, gdy właśnie w ten sposób spoglądam na wychowanie swoich dzieci i nie widzę tylko powierzchni – ich negatywnych zachowań, ale staram się widzieć głębiej.., dalej:)

    A teraz wydarzenie z naszego życia, które mnie poruszyło ostatnim czasem: Moja teściowa, gdy była u nas w domu, widząc krzyk mojego 4,5 letniego dziecka, które bardzo chciało zostać z nami i porzucić rytuał pójścia do łóżka po kolacji, stwierdziła, że „najtrudniejszą sztuką jest wychować dzieci”. Dla niej ten krzyk dziecka na mnie, był moją porażką rodzicielską – dla mnie drogą mojego syna do wyrażania złości w sposób dojrzały, który nie rani otoczenia. Oczywiście wiem, jak uzyskać pożądane zachowanie przy użyciu siły, gróźb – budowaniu autorytetu na strachu – to jest przemoc, ale dla naszych mam/babć to wychowanie, bo szacunku dla rodziców trzeba nauczyć w ten właśnie sposób..
    Nic nie powiedziałam, bo synek był bardziej absorbujący od moich emocji na ten komunikat, ale postanowiłam sobie w duchu lepiej chronić swoje dziecko, gdy moja teściowa określiła je jako niegrzeczne i nawet samodzielnie próbowała zmusić swoim nakazem do pójścia do łóżka, żeby pokazać mi jak to się robi, albo zwyczajnie pomóc, lub jedno i drugie – nieważne. Postanowiłam sobie po jej wizycie, jeszcze raz wyartykułować nasze wartości z mężem i lepiej ich bronić względem naszych dzieci, zwłaszcza w naszym domu. Odbyło się to tak, że nazajutrz wstałam rano przed wszystkimi, gdy jeszcze kotłowały mi się różne myśli po wizycie mamy, i wtedy wzięłam pozostałości jakiegoś wielkiego kartonu, który był kiedyś domkiem moich dzieci:), wycięłam nożyczkami wielkie serce i napisałam zasady, wg których chciałabym postępować w wychowaniu moich dzieci. Te serce po odczytaniu i zaaprobowaniu przez wszystkich, zostało uroczyście powieszone na drzwiach naszego domu.

    I jeszcze jeden wątek: Moim ostatnim dylematem – mam dzieci w wieku mniej niż 3 i mniej niż 5 lat – jest, czy posłać je do przedszkola, czy może jednak sobie odpuścić.. Chodzi o to, że właśnie: „nikt już nie będzie się nad nimi tak pochylał ani zastanawiał, co czują, czego potrzebują. Jesteśmy – ja i mój mąż – prawdopodobnie jedynymi osobami na świecie, które są w stanie troszczyć się o nie w taki sposób.” Czy to nie jest za wcześnie na oddawanie, nawet w części komuś innemu wychowania naszych dzieci, zwłaszcza jeśli mogę sobie pozwolić na pozostawanie z nimi w domu..
    Mam negatywne doświadczenie z przedszkolami – pierwsze było przedszkolem NVC, ale mój synek o dziwo padł ofiarą przemocy rówieśniczej starszego kolegi i nikt mu nie dopomógł w kwestii granic i obrony.. i zrezygnowaliśmy po pół roku (rozpoczął je, gdy miał 3 lata, prosił, że chce być w domu). Drugie przedszkole (poszedł gdy miał ponad 4, bo sam prosił, że chce już do dzieci) to było przedszkole Montessori, bardzo małe – 16 dzieci, ale stracił w nim zapał do edukacji – nic go nie interesowało, mówił, że zmuszają go do pracy (choć sposób nacisku był nieoczywisty) i po powrocie – tak jak dawniej zresztą przy pierwszym przedszkolu – były zachowania agresywne, ale co bardziej mnie niepokoiło, jakieś takie ciągłe jego zmęczenie i brak radości, przestał nawet mieć ochotę na zabawę, nie miał siły wejść po schodach. Nim te symptomy były dla mnie oczywiste – posłałam młodsze dziecko – 2,5 roku na trzy godziny dwa razy w tygodniu na tzw. godziny adaptacyjne – mialo dołączyć do brata, gdy skończy 3 latka (niestety nie wyrażono zgody żebym mu towarzyszyła) i po takim pierwszym zadowoleniu dziecka, nadal chciało chodzić, ale zaczęło się jąkać i nauczyło się w sposób negatywny – przez bicie i zabieranie zabawek, albo psucie budowli – wchodzić w kontakt z rówieśnikami, więcej krzyczało. Mogłabym więcej pisać o niedomaganiach komunikacyjnych tego przedszkola i strat jakie poniosły moje dzieci.. Jest mi smutno, bo zaufałam tym ludziom, ich kompetencji, ale to miejsce wywarło negatywny wpływ na moje dzieci. Zabrałam oczywiście oboje – mamy teraz wiosnę. Mój starszy syn, ma od października zarezerwowane miejsce w trzecim przedszkolu, które jest takim sportowo – demokratycznym – bazującym na nowych odkryciach neurobiologii przedszkolem i na zachwycie dzieci. Chciałabym aby odzyskał swoją ciekawość świata (choć wystarczyły dwa tygodnie i już do niej wraca..:). Ale też moim celem byłoby stymulować go ciekawym programem, który tam realizują, no i oczywiście grupa rówieśnicza.. Pewnie młodsza córeczka poszłaby z nim.. Córeczka przestała się w krótkim czasie jąkać – odbudowała swoje poczucie bezpieczeństwa, choć nie jest takie jak dawniej – dla niej nawet te trzy godziny pracy własnej przy stoliku i ocierania się o inne dzieci bez mamy, to było za wcześnie. Wcześniej wydawała mi się taka odważna i zaryzykowałam. Początkowo była ucha-chana tym przedszkolem, ale niestety, nie trwało to długo.. Spowiadam się ze swoich błędów, bo może ktoś miał podobne doświadczenia i zdecydował się pozostawić dzieci w domu – jest przecież opcja edukacji domowej. Może postarał się w inny, alternatywny sposób o kontakt z rówieśnikami swoich dzieci (zwłaszcza jeśli jest z Trójmiasta) – napiszcie proszę – pytam tu, na tym portalu, bo jest bliski mojemu światopoglądowi i temu, jak spoglądam na wychowanie swoich pociech. Dziękuję za wszelkie skojarzenia:)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry