Nowości
Osąd
fot. striatic (flickr)

Osąd

Droga Krzyżowa rozpoczęła się od osądzenia.

Piłat osądził Jezusa. Uznał, że jest winny. Tym samym wydał na niego wyrok. Skazał Go na śmierć.

Jezus był niewinny. Dlatego zwykło się mówić, że wyrok Piłata był niesprawiedliwy.

W gruncie rzeczy jednak rozróżnienia typu „sąd sprawiedliwy”, „sąd niesprawiedliwy” wydają się na płaszczyźnie egzystencjalnej bez znaczenia. Co innego w sferze prawa czy ustawodawstwa.  

Na płaszczyźnie egzystencjalnej sam fakt osądzania jest niesprawiedliwością wobec bliźniego.

 ***


Wydaje się, że osądzanie innych mamy we krwi. Przychodzi ludziom dużo łatwiej niż uświadomienie sobie swoich niezaspokojonych potrzeb, rozpoznawanie własnych emocji, nazywanie uczuć, przyznawanie się do nich nawet tylko przed samym sobą, konstruktywne przeżywanie ich.

W sytuacji, gdy ktoś zachowa się inaczej niż tego oczekiwaliśmy, osąd jest łatwy, wygodny i szybki.

Oceną typu: „świnia”, „wystawił mnie”, „ale niegodziwiec” przyszpilam drugiego człowieka. Nawet nie trzeba mówić tego na głos. Wystarczy, że dzieje się to w żywiole myśli.

Dlatego osądzanie, ocenianie innych wydaje mi się najbardziej ukrytą formą biernej agresji.

Z pozoru wygląda co prawda dużo niewinniej niż bicie, kopanie, plucie i szarpanie. Niby mniej destrukcyjne niż trzaskanie drzwiami, wrzeszczenie na innych lub karanie ich godzinami milczenia i celowym utrzymywaniem napiętej atmosfery przez brak chęci do rozmowy.

A jednak osądzanie w myślach bliźniego jest jak cichy robak, który toczy nieustannie zawiłe korytarze w pięknym meblu. Niby nie dzieje się nic, z zewnątrz wszystko wygląda w porządku. I nagle… Trach! Ruina. Mebel się rozsypuje. Przez lata jego piękno było tylko iluzją. Relację z drugim człowiekiem, nadpsutą czerwiem wypowiedzianej tylko w myślach krytyki, dotyka rozpad.

***

Wydarzyła się sytuacja X.

Poczułam się zachowaniem bliskiej osoby zraniona. Na początku nieprzyjemnie zaskoczona, zdezorientowana. Potem zrobiło mi się strasznie przykro. Dopadł mnie smutek, a na końcu złość. Wiem o tym dopiero po pewnym czasie.

Na początku – jak z karabinu – strzelają w mojej głowie myśli. Jak z automatu: „Ale dupek! Nie wierzę własnym oczom i uszom! Co?! Zostawił mnie samą z problemem?! Nie interesuje się mną wcale!!! Ma mnie gdzieś! Co za nieodpowiedzialność! Jak w ogóle można się tak zachowywać?! Jaka nieczułość i brak empatii…” (Mogłabym ten akapit ciągnąć bez końca.)

Ale zatrzymuję ten automat.

Przypominają mi się zasady Porozumienia bez Przemocy Marshalla Rosenberga. Jak by to powiedzieć w „języku żyrafy”?

Jak pisze Magdalena Kluszczyk: „Nie bez powodu symbolem obrazującym ideę komunikacji opartej na empatii jest żyrafa, która ma największe serce wśród wszystkich ssaków. Dodatkowo, jej długa szyja pozwala na dostrzeganie rzeczy, które dla innych są niewidoczne. Jej przeciwieństwem jest szakal (…). Językiem szakala są oceny i sądy wydawane na temat innych ludzi (…). Jego taktyką jest atak i opór.”

Tworzę więc w głowie wypowiedź, która uwzględnia cztery elementy, będące konstruktywną alternatywą dla wydawania osądów.

Obserwacje – Uczucia – Potrzeby – Prośby.

Kiedy zrobiłeś to i to w sytuacji X, poczułam się nieprzyjemnie zaskoczona i zdezorientowana. Było mi bardzo przykro i smutno, a na końcu poczułam wielkie oburzenie i złość. Bardzo potrzebuję w takiej sytuacji Twojej obecności, zaangażowania i wsparcia. Chciałabym, żebyś następnym razem w sytuacji X zrobił to i to. Czy mógłbyś to zrobić?

Zanim ułożyłam ten monolog, upłynęło wiele czasu. Dopadła mnie bowiem pokusa, aby oceniać dalej. Dosłownie przeżyłam to jak kuszenie na pustyni. Czułam oddech szatana na szyi. Aż mi skóra cierpnie, gdy się tym teraz dzielę…

Kłębiły się we mnie przewrotne myśli. „No bo tak by miło było pookładać sprawcę mojego nieszczęścia myślami pełnymi osądu, oceny i krytyki. Taka bym była wtedy biedna, pokrzywdzona i godna współczucia. A on taki czarny, ciemny i brzydki. Obłożony błotem. Ale należy się mu! A niechże! Chociaż tymi myślami mogę się zemścić!”

Osądzanie daje mi krótkoterminowe poczucie ulgi, rozładowuje napięcie, pomaga mi poradzić sobie z frustracją. I do pewnego stopnia jest moim naturalnym mechanizmem obronnym, który przez lata pozwalał mi przetrwać. (Zainteresowanych odsyłam do książki Moniki i Marcina Gajdów „Rozwój. Jak współpracować z łaską?” albo do ich krótkiego nagrania o „ja” fałszywym)

Nie mogę jednak bronić się w taki sposób całe życie. Jako dorosła osoba muszę w końcu dojrzeć i zobaczyć dramatyczne konsekwencje ciągłego nakręcania się tym osądzaniem.

 

***

W erudycyjnym eseju o kołatku z Mickiewiczowskich „Dziadów” Jan Kott przytacza cytat z „The New York Timesa”: „York Minister, jedna z najwspanialszych gotyckich katedr na północ od Alp, po raz wtóry w ciągu ostatniego dziesięciolecia została zagrożona. Ostatnią plagą, która nawiedziła 750-letnią katedrę, są świdrujące drzewo kołatki, które zagnieździły się w sklepieniu południowego transeptu. Eksterminatorzy zostali wezwani i chrząszcze są martwe. Rusztowania wzniesione dla dokonania tej egzekucji zostaną wkrótce usunięte… Chrząszcze zostały odkryte w zeszłym roku, kiedy, kiedy robotnicy oczyszczali sklepienie wznoszące się na 60 stóp. Koszty naprawy i oczyszczenia obliczane są na 110 000 funtów… Eksterminacja kołatków okazała się konieczna, bo ich powolna, ale uparta praca doprowadziłaby do zawalenia wyrzeźbionych w dębie belek transeptu i ozdobnego sklepienia…”

W swoim szkicu Kott przekonuje, że kołatek w IV części „Dziadów” przemawia głosem zmarłego ducha. Pozostając wyobraźnią przy tej obrazowej metaforze, chciałoby się dodać w poruszanej tutaj kwestii osądu, że kołaczące się w głowie myśli pełne ocen i krytyki pod adresem bliźniego są głosem naszych uśmierconych potrzeb. U podłoża każdej takiej krzywdzącej drugiego człowieka myśli jest złość na to, że to, co ważne dla mnie zostało zaprzepaszczone. Kiedy jednak zamiast oceniania uświadomię sobie moje potrzeby i wezmę za nie odpowiedzialność, odkryję, że nie muszę winić innych za ich niespełnienie oraz że jest wiele sposobów zyskiwania tego, co jest potrzebne dla mojego dobrostanu.

 

***

 

Na dłuższą metę osądzanie niweczy moje szanse na wzrost i rozwój wewnętrzny. Nie rozwiązuje mojego problemu dotyczącego sytuacji X. Nie pozwala mi wejść z drugą osobą na płaszczyznę twórczego dialogu i współdziałania pełnego szacunku dla odmienności. Raczej przeszkadza w tym niż pomaga. Gdy bowiem wymówię choć jeden procent tego pomyślanego osądu na głos, drugi człowiek na pewno zamknie się w sobie, a może nawet zaatakuje. Zapętlimy się w konflikcie jeszcze bardziej.

Ale żeby uwierzyć, że to „język żyrafy”, a nie „język szakala” przyniesie więcej korzyści, muszę poradzić sobie z zalewającym mnie morzem lęku i wątpliwości. Boję się, że zostanę zraniona po raz drugi, bo mnie ta druga osoba nie wysłucha, przerwie w połowie zdania, a nawet jeśli dobrnę do końca mojej wypowiedzi, to nie zgodzi się ze mną tak łatwo, będzie bronić siebie, przedstawi mi swój ogląd sytuacji X, zignoruje moje uczucia, a nawet jeśli uświadomi je sobie, odmówi na końcu spełnienia mojej prośby…

Długa litania lęku lęgnie się bezlitośnie w mej głowie.

Do tego co chwilę przeplata ją refren pod tytułem: „a co, jeśli nie uda mi się wyrazić moich uczuć i potrzeb wystarczająco dobrze; przecież uczę się dopiero „języka żyrafy” i może mi się coś od nadmiaru emocji poplątać”.

No właśnie! Uczę się dopiero! Próbuję. Nie osądzać, nie oceniać, nie krytykować, nie przyklejać etykietek. Może mi się na początku nie udawać, ale ważne, żeby się starać. Już czasem się udawało. I zbierałam już pierwsze owoce takiej komunikacji. A nawet, gdy wszystko kończyło się fiaskiem, to świat się na szczęście nie zwalił. Mam jeszcze trochę czasu na rozwój, jeśli Bóg pozwoli. I nawet jeśli ta druga osoba nie zachowa się tak, jak bym chciała, będę mieć świadomość, że robiłam wszystko, co w mojej mocy, by dążyć do porozumienia. Najważniejsze, że pozostanę w zgodzie z sobą. Nie wszystko w relacji zależy ode mnie. Na pewne sprawy nie mam wpływu. Ale na to, czy osądzam w myślach i słowach – mam! Nawet jeśli to wygląda jak silniejszy od moich dobrych intencji automatyzm. Z pomocą Łaski dużo dobrego mogę z tym zrobić.

Drogę Krzyżową rozpoczyna osąd. Kończy ją Zmartwychwstanie.

Monika Myszka-Wieczerzak

Monika Myszka-Wieczerzak
Monika Myszka-Wieczerzak - prywatnie żona i mama dwójki dzieci, zawodowo nauczyciel i doktor nauk humanistycznych w dziedzinie literaturoznawstwa, choć zdecydowanie woli się określać mianem ANIMATOR ROZWOJU OSOBISTEGO. Przez wiele lat jej duchowość kształtował Ruch Światło-Życie. Marzy o prowadzeniu warsztatów rozwojowych i założeniu własnego Ośrodka Rozwoju Osobistego. Początkiem realizacji tego marzenia jest dla niej tworzenie strony: www.domdobremiejsce.pl

Jeden komentarz

  1. Pięknie napisane. Wczoraj wieczorem byliśmy na Drodze Krzyżowej w Kościele (ja, mąż i 14 miesięczny synek), i ksiądz rozprawiał o tym samym. Bardzo dobry temat do zastanowienia.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry