Nowości
Pasja życia

Pasja życia

Nie tak dawno prowadziłam z ramach projektu unijnego warsztat dla młodych mam na temat odkrywania życiowych pasji, szukania własnych talentów, mocnych stron i w związku z tym takich zajęć, jakie nam najbardziej leżą, z jakimi czujemy się spełnione, szczęśliwe, które możemy robić na okrągło, niezależnie od okoliczności i które nigdy nie zbrzydną, nie znudzą się, które można przekuć na odprężające hobby albo wymarzoną pracę zawodową.

To temat, który bardzo mnie absorbuje i który niesamowicie lubię.

Od paru lat ciągle z niesłabnąca fascynacją wracam do książki Mihály’ego Csíkszentmihályia Przepływ. Psychologia optymalnego doświadczenia, analizującej niesamowity mechanizm doświadczania swego najlepszego możliwego stanu (flow, przepływ) – polegającego na pełnym zaangażowaniu, wręcz uniesieniu, uskrzydleniu w trakcie wykonywania jakiejś czynności, zlaniu się z tą czynnością, zatraceniu się w działaniu (actio). Według teorii psychologicznej, umiejętność osiągania takiego stanu jest tożsama ze szczęściem. Mogę to potwierdzić praktyką, bo sama mam swoją pasję – pracuję z pasją. Studia wybierałam z pasji i studiowałam z pasją. Bez pasji chyba w ogóle nie potrafię dobrze pracować i jeśli nie mam do czegoś tzw. drive’a (taki potoczny synonim przepływu), to najczęściej wykonuję to z niechęcia, bez motywacji, a ostatecznie zarzucam, zaniedbuję, czasem płacąc za to dodatkowymi wyrzutami sumienia. Kiedy natomiast kieruję się pasją, czerpię z tego ogromnie dużo szczęścia, radości, satysfakcji. Czuję się w tej dziedzinie spełniona, zaspokojona.

Od zawsze kiedy czytałam książkę Csíkszentmihályia, z niesłabnącym zdumieniem i uczuciem wdzięczności odkrywając w niej coraz to nowe potwierdzenia swojego własnego doświadczenia, miałam może trochę niejasne, trochę mgliste, ale silne przeczucie obecności w tym wszystkim Boga. Bo flow to coś w rodzaju natchnienia, weny. Natchnienie to domena Ducha Świętego. Inspiracja – in-spiro – transcendentne tchnienie do wnętrza duszy. Nawet w klasycznych poetykach z najściślejszego akademickiego kanonu (od starożytności, przez renesans, po klasycyzm) natchnienie poety – szukając jego źródeł i tajemnicy – zwano boskim szałem. Pośród drobiazgowych formalnych analiz zasad sztuki poetyckiej godzono się na jego całkowitą niewyjaśnialność, nieprzenikalność genezy. Nescio quid – mówiono, posługując się zwrotem tak utartym, że wszedł w poczet topiki poetyckiej – „nie wiem, co” jest tym najważniejszym czynnikiem, który pozwala tworzyć, wpadać w twórcze uniesienie, rodzić budzące podziw owoce. Porównywano go do iskry, płomienia, tchnienia, czegoś równie silnego, co nieuchwytnego, absolutnie wolnego, niepojmowalnego. Spiritus flat ubi vult – nasuwało mi się nieodparcie przy lekturze tego rodzaju tekstów.

Przygotowując się do wspomnianego na początku warsztatu, swoim filologicznym obyczajem zastanawiałam się, skąd w ogóle to słowo – „pasja”, które w dużej mierze jest dla mnie synonimem psychologicznego terminu Csíkszentmihályia. Bo źródłosłów zawsze dużo tłumaczy i pomaga zrozumieć sedno zagadnienia. Nie do końca umiałam sobie uświadomić, co ma pasja do… pasji. Uniesienie, twórczy szał, namiętność, zapał do cierpienia, męki, w dodatku jednoznacznie kojarzonej z męką Chrystusa. Nazwę passio nosi gatunek muzyczny poświęcony Męce Pańskiej i „passio” zwą się firmy szkoleniowe, rozwojowe, coachingowe obiecujące wzbudzenie w kliencie niezawodnej motywacji, wyzwolenie… pasji. Gdzie związek?

Chyba powoli zaczynam go dostrzegać. Być może owo „nescio quid” to po prostu tchnienie miłości, która jest tak silna, że nie zważa na nic. Każe się spalać. Poświęcać, ofiarować. Bez mrugnięcia okiem. Pcha do celu wbrew wszelkim przeciwnościom, wbrew cierpieniu, wbrew krzyżowi.

Krzyż to jest dla mnie taka mroczna, budząca dużo lęku tajemnica. Temat, którego najwygodniej byłyby mi unikać tak długo, jak tylko się da. Udawać, że nie istnieje i liczyć po cichu na to, że uda się przed nim schować. Tymczasem on mnie ciągle dopada. Racjonalnie, „na sucho” wiem, że bez krzyża się nie da, a jednak ciągle się łudzę, że się da, częstokroć nie dostrzegając jednocześnie, że w zasadzie to my te swoje krzyże przecież cały czas na co dzień nosimy. Że krzyż nie musi być metaforą jakiejś spektakularnej życiowej katastrofy sprowadzonej na nas (nie daj Boże – przez Boga) dla testu, czy damy radę. To jest zwyczajna część naszego życia. Pasja.

Z im większą miłością coś robimy, tym mniej zwracamy uwagi na to, że się w tym zatracamy, spalamy, poświęcamy, może nawet trochę umieramy, oddajemy kawałek po kawałku coś z siebie. Tym mniej istotne stają się dla nas nasze egoizmy, w ferworze działania zapominamy o nich, czasem i sobie nawet. To jest pasja – jednocześnie szczęście i cierpienie, które dla tego szczęścia jesteśmy w stanie znosić. Bycie rodzicem też jest pasją. Jest pełne trudów? – jest. Cierpień? – też. Nie raz sobie mówiłam w kryzysowych sytuacjach, w momentach wielkiego lęku o własne dzieci, siedząc przy szpitalnym łóżku albo pędząc na złamanie karku wezwana do szkoły, że przecież spokojniej, bezpieczniej, stabilniej emocjonalnie byłoby ich nie mieć. Ile wyrzeczeń mniej, ile trosk, strachu, ciężaru odpowiedzialności mniej. A przecież przemy do rodzenia dzieci z niepohamowaną siłą, nieczułą na żadne niedogodności – ciąża (moje, z cukrzycą, były dla mnie wyjątkowo uciążliwe), poród, „uwiązanie” przy niemowlaku, coraz to nowe rezygnacje, straty i z czasem tylko więcej i więcej z tej kategorii. A przecież samo bycie z dziećmi, ich istnienie to wszystko rekompensuje. Na co dzień nie poczytujemy sobie nawet tego wszystkiego za ciężar, kompletnie nie zwracamy na to uwagi. Najzwyczajniej w świecie robimy swoje. W dodatku szczęśliwi, że możemy tego doświadczać! A może to właśnie dlatego, że go nie dostrzegamy z miłości, ten krzyż wydaje się czymś, czego jeszcze nie w ogóle doświadczyliśmy i czego przez to ciągle się boimy doświadczyć?

Jezus jako arcymistrz miłości dzięki niej właśnie mógł w nieludzkich męczarniach nieść krzyż i na nim umrzeć. Tym razem już bez żadnych tam metafor, nie „po trochu”, ale radykalnie i do końca. Bo wiedział, że to Jego ostatnia prosta do kochającego i kochanego Ojca. Passio.

A my sobie niesiemy swoje własne, mniejsze, mniej doskonale krzyże, na naszą miarę. Ale im więcej w nas pasji, tym nam z nimi łatwiej i tym więcej możemy. Może to słynne naśladowanie Jezusa w niesieniu krzyża (które czasem, tak często przywoływane, brzmi już trochę jak slogan) nie polega na tym, żeby w jakikolwiek sposób hołubić cierpienie, ale na tym, żeby to, co się robi, zwyczajnie robić z miłością. Z pasją. A wtedy cierpienia/niedogodności z tym związane jakoś… same się kanalizują. I nabierają niepozostawiającego żadnych wątpliwości sensu.

Ta pasja – flow – to nie tylko domena wzniosłych zajęć, pisania wierszy czy malowania obrazów. Csíkszentmihályi pisze, że nawet filetowanie ryb może mieć cechy optymalnego doświadczenia. To coś, co może nam towarzyszyć w najdrobniejszych aspektach życia. Z pasją można wykonywać pracę zawodową, sprzątać i gotować, towarzyszyć dzieciom, angażować się w relacje. Pasja może tworzyć niewidzialne nitki łączące różne poziomy naszego funkcjonowania i nadające życiu spójności, integralności. Pasja zawsze daje poczucie wielkiego szczęścia i pomaga marginalizować odczucie przeciwności. Już wiem mniej więcej, gdzie i w jaki sposób w jest w tym Bóg.

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

2 komentarzy

  1. Monika Myszka-Wieczerzak
    Monika Myszka-Wieczerzak

    Aniu! Poruszasz znowu temat, który jest mi bardzo bliski. Ja sobie tłumaczę to tak: pasja to robienie tego, do czego zostaliśmy stworzeni. Jezus został stworzony do tego, żeby nas Zbawić, umierając na Krzyżu. A każdy z nas ma też swoje powołanie, posłannictwo, misję i obdarzony jest talentami, do wykonania dzieła zgodnego z zamiarem Stwórcy. Podążając za tym, można być bardzo szczęśliwym, nawet jeśli wiąże się to z cierpieniem. Jakoś tak czuję, że Panu Bogu najbardziej o to nasze szczęście chodzi, a nie o cierpienie. Ono samo w sobie nie jest chyba celem. Dziękuję Ci za inspirację do refleksji.

  2. Bardzo trafne z tą pasją macierzyństwa :)Też kilka razy zastanawiałam się nad związkiem potocznego rozumienia słowa pasja i pasji Chrystusa, a to co napisałaś jest dla mnie dopełnieniem tamtych przemyśleń.
    W moim życiu pasja to robienie czegoś wbrew rozsądkowi. Kiedy działam pod wpływem swojego flow, raczej nie spotykam się z zachwytem swojego otoczenia, co najwyżej uprzejmym zainteresowaniem:) Realizowanie pasji nie jest przyjemne i zachwycające, tak jak potocznie się to rozumie. Tak jak piszesz, pasja jest tak wymagająca, że czasem wydaje się, że przerasta ludzkie możliwości, budzi sprzeciw, nieraz chcę się ją porzucić. No i wymaga całkowitego zawierzenia Jemu, bo na „zdrowy rozum” jest całkowicie nielogiczna.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry