Nowości
Początek / Blogi / Nalewanie z próżnego / Chaos mój powszedni
Chaos mój powszedni

Chaos mój powszedni

Im dłużej nad tym myślę, tym wyraźniej do mnie dociera, że moje podejście do macierzyństwa jest wysoce chaotyczne i w niejednym punkcie wewnętrznie sprzeczne.

Rodzicielstwo bliskości jednocześnie jest i nie jest moim naturalnym stylem bycia z dziećmi.

Nie jest, bo nie mam tego we krwi, jestem całkowicie pozbawiona takiego wzorca. Bo sama czuję się dziewczynką przyuczoną do bezwzględnej dyscypliny i odgórnie narzuconego posłuszeństwa, bez prawa do artykułowania trudniejszych emocji, bez możliwości wsłuchiwania się we własne potrzeby, jeśli tylko w jakikolwiek sposób godziło to w społeczny konwenans, w wyobrażenie o tzw. grzecznym dziecku. Ta dziewczynka ciągle we mnie jest, i ma w zapisane pamięci mnóstwo automatyzmów, które potrafią się uruchomiać w sytuacjach ciężkich dla mnie do ogarnięcia. Rodzicielstwo bliskości nie jest moim naturalnym stylem wychowywania dzieci, bo cały czas tkwi też we mnie wygodnicka potrzeba, żeby z dziećmi było łatwiej, bardziej tak, jak bym chciała. Dobrze, jeśli dzieci posprzątają swój pokój, jeśli pomogą mi w pracach domowych, kiedy będą cicho w trakcie jak przyjmuję gości albo pracuję, kiedy bez szemrania odrobią lekcje. To bardzo ułatwia życie. Daje poczucie ładu i spokoju. A w konsekwencji i bezpieczeństwa. Bo to nie tylko sama potrzeba konformizmu. To także o wiele ważniejsza potrzeba otrzymywania ciągle i ciągle potwierdzenia, że z moimi dziećmi wszystko w porządku, że rozwijają się tak jak trzeba i rosną mi na tzw. porządnych ludzi, że w związku z tym i ja jako matka jestem w porządku. Czując tę potrzebę, nigdy do końca nie umiem osądzić, co w niej wynika z mojego własnego wygodnictwa, a co z myślenia o dobru dzieci w sensie dbania o to, by teraz i kiedyś mogły one w miarę gładko, bez kolizji funkcjonować w ramach społecznego ładu.

Jednocześnie – paradoksalnie – styl wychowywania dzieci oparty na więzi z nimi jest jedynym dla mnie możliwym ze względu na to, w co wierzę, a co nie jest żadnym tam z zewnątrz mi zaimplementowanym pomysłem na życie, ale jest tym, co przychodzi gdzieś od strony transcendencji i co przenika całe moje bycie, na wszystkich płaszczyznach myślenia i funkcjonowania.

Po długim, długim czasie doświadczania życia, poznawania siebie, odkryłam, że spójność tej wiary, fakt, że obejmuje ona wszystkie dziedziny, w których się poruszam – wychowywanie dzieci też! – jest wielkim skarbem, jaki został mi dany. A raczej – zadany, bo nie ma tu żadnych łatwych do wdrożenia gotowców. Jest za to ciągłe pozostawanie między młotem a kowadłem. Codzienne miotanie się pomiędzy moimi automatyzmami, starymi wzorcami, pokusą pójścia na łatwiznę, konformizmem, poczuciem bezpieczeństwa tożsamym z poczuciem kontroli a owym czystym i prostym ideałem – wiarą, że Dziecko to Osoba o niezbywalnej wartości. Że wszystko, co naprawdę ważne, co nas kształtuje i decyduje o tym, kim jesteśmy, rozgrywa się w relacjach i że od jakości owych relacji zależy tak naprawdę wszystko. Przy czym relacją nadrzędną, wzorcową, porządkującą całą resztę relacji jest moja osobista relacja z Bogiem. Tylko dzięki niej wiem, że coś na kształt rodzicielstwa bliskości to jedyna możliwa dla mnie droga bycia z dziećmi.

Brzmi to może pięknie, jasno i gładko, ale w praktyce jest nieustannym zmaganiem się między tym ideałem a tamtymi automatyzmami. Ciągłym mieszaniem się w moim macierzyństwie trochę z tego, trochę z tamtego. Nieustanną koniecznością weryfikowania gotowych gestów, słów, nawyków, jakie od zawsze mam we krwi. Niełatwym dążeniem do puszczenia się barierek łatwych podziałów, oczywistych rozwiązań.

Okazuje się wtedy, że to wcale nie te dziecięce kłótnie w sklepie czy inne niepożądane zachowania w najmniej stosownym momencie są cieniem mojego macierzyństwa. Nie są nim nawet same moje wpadki i porażki w zmaganiu z wdrukowanymi automatyzmami. Przeciwnie, wszystkie trudne sytuacje przeżywane z dziećmi mogą się okazać błogosławieństwem, cenną lekcją i materiałem do dalszego budowania więzi, o ile tylko zostaną skonfrontowane z Relacją Nadrzędną, Wszystko Porządkującą. Jeśli w niej się dobrze dzieje, jeśli jest zadbana, to i w innych będzie działo się dobrze, nawet mimo nieustannych rodzicielskich i dziecięcych wpadek. Naleje się z próżnego.

Cieniem natomiast jest wszystko, co chciałabym załatwić chyłkiem poza relacją, poza dialogiem – szybciej, sprawniej, efektywniej, oszukując się, że tak jest w tej chwili lepiej.

Cały czas jednak żywię nadzieję, że każdy cień da się wyciągnąć z cienia, bo „Bóg (…) nie zaprasza na ucztę bogatej, odświętnie wystrojonej, sprawiedliwej i pobożnej strony naszej osoby (…), zaprasza to w nas, co jest ślepe, chrome, płaczące, ubogie i głodne. Nie po to, aby tę mniej atrakcyjną stronę naszej egzystencji osądzić i zgnębić, lecz by ją nasycić i rozweselić” (T. Halik). Dzięki temu ufam w głęboki sens posiadania takiego rodzicielskiego ideału, nie jako rzeczywistość osiągniętej, ale jaką tej, do której się cały czas idzie i idzie, nawet zbaczając po drodze.

 

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

5 komentarzy

  1. Monika

    Aniu, dziękuję Ci za ten artykuł. Zbierasz w nim różne wątki, które ostatnio chodzą mi po głowie i sercu. Więc od siebie dodam jeszcze to, o czym przeczytałam w książce Moniki i Marcina Gajdów „Rozwój. Jak współpracować z łaską?” (obiecuję niedługo napisać jej recenzję): „Sami z siebie niczego nie możemy uczynić. Zakwas pochodzi z zewnątrz. Nie prosilibyśmy o łaskę, gdyby ona wcześniej nie uzdolniła nas do tego.” W kontekście „nalewania z próżnego” – możliwe, że nawet gdybyśmy byli wychowywani w modelu RB przez naszych rodziców i tak nasze rodzicielstwo ostatecznie zależy od tego, jak współpracujemy z Łaską, czyli z Bogiem, który jest Miłością.

  2. Moniko, bardzo Ci dziekuję za czytanie i za dialog! :). Każde takie dopowiedzenia, każdy jakiś nowy trop, daje mi dużo: nową inspirację do osobistych poszukiwań, potwiedzenie, że nie jestem sama w tym swoim nieustannym szukaniu, poczucie wspólnoty. No i sensu pisania też. Nie wiem czemu, ale mam jakąś dziwną potrzebę pisania właśnie o sprawach, które mam nierozgryzione, nieropracowane, które mnie jakoś drążą od środka. Dlatego tym cenniejsza dla mnie każda interakcja, bo cały czas mam wrażenie, że każdy dialog przyspiesza mi przepracowywanie różnych spraw: to, nad czym w samotności myślałabym miesiąc, w dialogu czasem udaje mi się rozkminić w jeden wieczór :)

  3. Dziękuję za ten wpis, jest mi bardzo bliski, a właściwie zlewa się całkowicie z tym jak sama przeżywam macierzyństwo. Pojawienie się na świecie i obecność mojego dziecka jest dla mnie jasnym sygnałem z góry wzywającym do obrani a kierunku, na który dobrowolnie nie potrafiłam się zdobyć. Te wszystkie zmagania ze sobą w relacji z dzieckiem są bardzo trudne, ale jak mało co pomagają oczyścić się ze szkodliwych uwarunkowań o których piszesz.
    Z jednym tylko się nie do końca zgadzam:) rodzicielstwo bliskości we krwi ma każdy i dlatego jest tak prawdziwe, odpowiednie i bliskie:) za to „odgórnie narzucone konwenanse” jak bycie grzecznym itd.utrudniają dotarcie do tych naturalnych zasobów.

  4. No to ja z kolei z ostatnim zdaniem zgadzam się w 100%, a przedostatnie brzmi mi w ogóle sentencjonalnie – będę je kontemplować :). Dziękuję!

  5. Bardzo dziękuję za ten tekst. Mam podobne problemy macierzyńskie. Wychowana na grzeczna dziewczynkę (w najlepszej wierze rodziców), obciążona lękami i niskim poczuciem wartości staram się inaczej wychowywać dzieci. Jest to jednak niebywale trudne. Tekst bardzo dla mnie krzepiący.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry