Nowości
Początek / RB i wiara / Najtrudniejsza praca na świecie
Najtrudniejsza praca na świecie
by Mark Stosberg on flickr

Najtrudniejsza praca na świecie

„Bycie mamą to najtrudniejsza praca na świecie”.

Słyszę to bardzo często zarówno od matek, jak i od ludzi, którzy dzieci nie mają. Czytałam nawet kiedyś artykuł, w którym napisano, że gdyby wycenić prace, które wykonuje mama zajmująca się domem, zarabiałaby ona 115 tysięcy dolarów rocznie. Kiedy to przeczytałam, pomyślałam sobie: „Wow, jakie motywujące! Moja praca jako mama jest o wiele więcej warta niż jakakolwiek inna, którą wykonywałam!”

A mimo to, tak wiele mam nie dostrzega wartości czasu spędzonego w domu. Ja sama często tak czułam. Chociaż wiedziałam, że te moje codzienne zajęcia były częścią fundamentu miłości i bezpieczeństwa, który budowałam dla mojego syna, wydawały się puste i bezwartościowe. Sprzątałam kuchnię, by zaraz potem odwrócić się i stanąć oko w oko ze zdziesiątkowanym dużym pokojem. Składałam górę prania, a kolejne trzy już pojawiały się w koszu na brudne ubrania. Kończyłam zmywać naczynia po śniadaniu, a tu się okazywało, że już pora na lunch. A gdyby tego było mało, kierownictwo nie miało nawet tyle przyzwoitości, żeby dać mi przerwę na chwilę samotności, choćby w łazience! Zaczęłam myśleć, że ta praca nie daje korzyści, jakich się spodziewałam. I gdzie, do licha, są moje wakacje?

Aha, w dodatku nie można tej roboty rzucić. Nigdy.

Zaczęłam się niedawno zastanawiać, co zrobić, żeby ta praca nie wydawała się już taka trudna. Próbowałam różnych sztuczek, żeby być bardziej zorganizowana. Tworzyłam harmonogramy zajęć dla mojego malucha. Usiłowałam znaleźć więcej czasu na hobby, które zostało zepchnięte na dalszy plan. I chociaż niektóre z tych rzeczy na chwilę pomagały, to wciąż nie mogłam się pozbyć wrażenia, że utknęłam w naprawdę ciężkiej pracy. Nawet kiedy czułam się doceniona przez małżonka i utwierdzona w tym, co robię dla mojego dziecka, bywały dni, kiedy czułam, że wymaga się ode mnie zbyt wiele. Kiedy dowiedzieliśmy się, że spodziewam się naszego drugiego dziecka, a na horyzoncie pojawiła się myśl o braku urlopu macierzyńskiego i jeszcze większym nawale pracy, zdałam sobie sprawę, że potrzebuję zmienić moje podejście do macierzyństwa.

Postanowiłam przestać postrzegać macierzyństwo jako pracę, a zacząć patrzeć na nie jako na powołanie. Tak wiele mam zajmujących się domem, łącznie ze mną, czuje potrzebę usprawiedliwiania tego, co robią na co dzień, nazywając to „pracą”. Mój mąż i ja podjęliśmy decyzję, że przestanę pracować poza domem, gdy tylko urodzi się nasz syn. W pewnym sensie czułam, że muszę udowodnić sobie, że takie rozwiązanie opłaci się mojej rodzinie. Myślę, że kobiety, które pracują poza domem także czują potrzebę usprawiedliwienia czasu, który spędzają na byciu mamą, wywierając na sobie presję, żeby wszystko robić jak najlepiej – zarówno w miejscu pracy, jak i w domu. Czyli, jak się czasem słyszy, mają „dwie prace na pełen etat”! Dla mnie problem polegał częściowo na mojej obawie, jak oceni mnie otoczenie, a częściowo na moim własnym ego. Chciałam być najbardziej wytrwałym pracownikiem w każdej wybranej przeze mnie profesji.

Niestety, nie na tym polega macierzyństwo.

Myśląc o powołaniu, często wyobrażamy sobie zakonnice albo księży, albo przywołujemy dozgonne zobowiązanie małżeńskie. To prawda, wszystko to są powołania. Ale kiedy zaczęłam się zastanawiać, co oznacza wypełnianie powołania, zrozumiałam, że to jest sposób, w jaki muszę podchodzić również do macierzyństwa.

W swojej ostatniej pracy miałam przyjemność pracować w miejscu, w którym mieszkały i pracowały zakonnice zajmujące się starszymi ludźmi w domu opieki. Praca, którą wykonywały, była wymagająca fizycznie, wyczerpująca umysłowo, i – jestem pewna – często wydawała się niewdzięczna. A jednak, za każdym razem, kiedy mijałam siostry na korytarzu albo widziałam je modlące się w kaplicy, wydawały się takie radosne i pełne pokoju. Uśmiech często pojawiał się na ich twarzach i zawsze były miłe i sympatyczne. Podziwiałam spokój, z jakim wykonywały tak trudne zadania. Ale w głębi duszy uważałam, że są wyjątkowe, ponieważ to było dla nich coś więcej niż praca. Bycie częścią zakonu służebnego, było ich powołaniem. Poświęciły temu swoje życie.

Kiedy więc zaczęłam myśleć nad tym, jak inaczej uformować moje życie w roli matki i żony, najpierw przyszły mi do głowy właśnie zakonnice. Nie patrzyły na każde zadanie, które miały wykonać, jak na kolejną pracę, za którą nie dostaną wynagrodzenia. Nie kalkulowały, jaką dostałyby pensję za taki zakres obowiązków w innych okolicznościach. Po prostu pracowały – na chwałę Boga i z miłości do bliźnich.

Im więcej się modliłam w tej sprawie, tym pewniejsza byłam, że to właśnie jest sposób, w jaki Bóg chce, żebym patrzyła na moją codzienność. Nie jestem gosposią, opiekunką do dzieci, kucharką ani praczką. Jestem matką i żoną. Moim priorytetem jest służyć mojej rodzinie w sposób odzwierciedlający Bożą miłość. Tak, w większość dni będzie to oznaczało składanie ich prania i przygotowywanie im posiłków. Ale nie chodzi o ubrania ani o obiady – ale o miłość i serce, którymi wypełniam te zadania. W te dni, kiedy żadnej z tych rzeczy nie uda się zrobić, wciąż mogę być spokojna, wiedząc, że moja rola matki nie ogranicza się do prac domowych, ale jej sens tkwi w tym, kim jestem dla mojej rodziny.

Kiedy spróbowałam myśleć w ten sposób, już niebawem dostrzegłam efekty. Frustracja z powodu tego, że nie byłam w stanie wykonać w ciągu dnia tak dużo jak zaplanowałam, zmniejszyła się, kiedy przesunęłam priorytet z „wykonać” na „robić z miłością”. Trudne dni stawały się nieco łatwiejsze, kiedy w trudach życia z maluchem widziałam możliwość

ofiarowania ich Bogu. Moja relacja z mężem na pewno poprawiła się, kiedy przestałam porównywać moją ciężką pracę w domu z jego pracą poza domem. I w końcu musiałam się pogodzić z faktem, że Bóg nie powołał mnie do macierzyństwa po to, żebym wykonywała prace domowe ani załatwiała najróżniejsze sprawy, ale żebym była

dla moich dzieci obecna, kochająca i święta.

Złapaliście to? Święta.

Mocne, prawda? Na swój sposób mam wrażenie, że zrzuciłam z ramion jeden ciężar tylko po to, żeby wziąć następny, jeszcze większy. Ale chodzi o to, że Bóg jest hojny w swojej łaskawości, kiedy matka stara się mieć święty wpływ na swoje dzieci. W te dni, kiedy świętość wydaje się nie do osiągnięcia, Bóg potrafi dać nam łaskę, żebyśmy były na tyle święte, na ile potrzebujemy.

Nie oznacza to, że bycie mamą stało się nagle łatwe. Wciąż muszę robić te wszystkie rzeczy, które robiłam wcześniej (choć nie denerwuję się już tak bardzo jak kiedyś na bałagan w domu albo na zaległości w praniu). Ale kiedy przestaję patrzeć na rodzicielstwo jak na pracę 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, a zamiast tego zaczynam postrzegać je jako powołanie, do którego wezwał mnie Bóg, moje codzienne zadania zyskują nowy cel, który pozwala mi wykonywać je z większym wdziękiem, a czasami nawet z radością. Wciąż mam w czym wzrastać. Daleko mi do doskonałości. Nie zawsze nucę sobie wesoło, zmieniając kolejną pieluchę. Ale pod koniec dnia, raczej częściej niż rzadziej, jestem w stanie podziękować Bogu za to, że pobłogosławił mnie, dając fizyczne i duchowe możliwości do wykonywania pracy, do której wezwał mnie w tym momencie mojego życia.

I czuję, że jest to dobrze wykonana praca.

(tłum. Magdalena Doligalska)

[Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Catholic Attachment Parenting Corner. Dziękujemy za zgodę na przedruk.]

Christina Kolb

Christina Kolb
Christina Kolb mieszka w Chicago ze wspaniałym mężem, Kevinem i dwuletnim synkiem. Nie mogą się już doczekać narodzin kolejnego dziecka - w maju. Christina jest absolwentką anglistyki i socjologii Uniwersytetu Illinois. Zanim zdecydowała sie zostać mamą zajmująca się domem, pracowała jako koordynator tłumaczeń w organizacji katolickiej. Jest także profesjonalnym cukiernikiem. Uwielbia gotować, piec i pisać. Łączy to wszystko na blogu But I'm Hungry.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry