Nowości
Początek / RB i wiara / Dlaczego nie wychowuję do posłuszeństwa?
Dlaczego nie wychowuję do posłuszeństwa?
Two hands by Johann Dreo on flickr

Dlaczego nie wychowuję do posłuszeństwa?

Trochę przewrotnie i zaczepnie, fakt. Jednak choć szlag mnie jasny trafia, gdy bardzo potrzebuję pomocy ze strony dzieci, a one wypinają się akurat na mnie, albo jestem zmęczona, a one właśnie zabierają się za obronę własnej niezależności – mimo wszelkich kosztów z tym związanych, twardo stoję na tym stanowisku. Nie wychowuję dzieci do posłuszeństwa.

Po pierwsze dlatego, że wiem co nieco o rozwoju psychicznym człowieka. Wiem, że aby dziecko mogło zacząć dzielić się altruistycznie swoją własnością, musi przejść bezkolizyjnie etap „to moje, nie oddam”. Musi przesadnie podkreślać swoją własność, rozciągając jej granice również na to, co do niego de facto nie należy – a problemy z dzieleniem się mogą powstać raczej wtedy, gdy tą fazę mu się zakłóci, niż gdy będzie się je w tym procesie wspierać, zgadzając się na nie-dzielenie.
Podobnie jest z podporządkowywaniem się. Im więcej wolności daję swoim dzieciom, im więcej okazji do podejmowania decyzji – współpracować, czy zająć się swoimi potrzebami? – tym łatwiej jest mi uzyskać od nich coś wtedy, gdy naprawdę bardzo mi zależy. Gdy coś jest dla mnie bardzo ważne. One po prostu wiedzą, że jestem otwarta na ich potrzeby, na ich NIE – skoro więc bardzo nalegam w jakiejś sprawie, widocznie jest to ważne. A nawet gdy nie interesuje ich, czy to ważne i czego ja potrzebuję, jakoś łatwiej im się podporządkować mojej rodzicielskiej zwierzchności.

Znam dorosłych, którzy byli bardzo podporządkowani jako dzieci. Ulegli i posłuszni, marzenie większości rodziców. Jako dorośli sprzeciwiają się dla zasady, w głupi sposób – aby sobie i innym udowodnić, że są w stanie powiedzieć nie, żeby zadbać o swoją potrzebę niezależności. Czasem są to kuriozalne sytuacje, ale dotykają fundamentalnych przeżyć i potrzeb. Po prostu muszą zaistnieć, przywracając względną równowagę i zdrowie psychiczne.
Wolę, aby moje dzieci przeszły to w dzieciństwie, gdy ich decyzje nie są jeszcze tak kluczowe, ich sprzeciwy nie muszą pociągać za sobą poważnych konsekwencji. Wolę, żeby sprzeciwiały się mnie i wygrywając ze mną, czuły swą moc, która da im siłę wejścia w dorosłość, niż żeby rywalizowały jako już dorosłe z dorosłymi, osłabiając się i utrudniając budowanie relacji z innymi.

Po drugie dlatego, że posłuszeństwo jest dla mnie nierozerwalnie złączone z zaufaniem. Nie oparte na uległości wobec kogoś większego, silniejszego (niekoniecznie na strachu, po prostu na przewadze – intelektualnej, związanej z władzą, osobowością, jakiejkolwiek przewadze), ale właśnie na zaufaniu, że ten ktoś nas kocha i chce dla nas zawsze dobrze.
W przypadku Boga zawsze mogę mieć pewność, że On chce dobrze dla mnie, że wie lepiej. Ale konia z rzędem temu rodzicowi, który jest nieomylny, który zawsze działa li tylko z myślą o korzyści dla własnego dziecka, a nie np. ze zmęczenia, dla świętego spokoju, z bezsilności, irytacji, z poziomu swojej głęboko skrywanej niedojrzałości.
Chcę pokazać swoim dzieciom, że zaufanie w relacji jest ważne i piękne, ale bezmyślne posłuszeństwo bywa zgubne. Chcę im to przekazać, bo nie wiem, jacy ludzie staną na ich drodze i jakie będą mieli intencje. Chcę dać im mocne poczucie, że związek z innymi nie opiera się na uległości wobec ludzi. Że nie muszą się podporządkowywać. Że warto myśleć i analizować, szanować swoje granice i potrzeby.

Po trzecie zaś dlatego, że w swojej relacji z Panem Bogiem ogromnie doświadczam znaczenia mojej wolnej woli. Jestem wolna od początku do końca, wolna wtedy, gdy idę za Nim i równie wolna wówczas, gdy się odwracam na pięcie. Wolna, gdy robię głupoty i wolna, gdy pełnię Jego wolę. Pilnuje, bym się nie unicestwiła, ale daje mi wybierać i smakować owoców. Nigdy nie wywiera na mnie presji „jeśli nie zrobisz tego, co każę, to…”.

Nawet wtedy, gdy jest mowa o braniu swego krzyża, o posłuszeństwie wobec Boga – wiem, że jest to zaproszenie dla mnie, ale nie twardy warunek. Wiem, że mogę tą droga pójść bądź nie – i On mnie nie odrzuci. Wiem, że jeśli nie będę gotowa, nie zostanę ukarana, odtrącona przez nieposłuszeństwo.
A jednocześnie wiem też, że to, co wydaje się tak trudne, jest dobre dla mnie. Wiem to z cał
ą pewnością, bo mogłam doświadczyć tego dzięki wolności właśnie. Mogłam skosztować owoców swoich własnych decyzji i posmakować tych, które rodziły się z podążania za Nim. Mogłam porównać i dokonać wyboru.
Te moje próby nie były wymierzone przeciw Niemu. Nie zagrażały Jego pozycji, autorytetowi, jakkolwiek to nazwać. Były częścią mojego dojrzewania, i chociaż nieraz bolały, to bez nich nie byłabym tak pewna tego, że chcę dalej iść tą drogą. Że chcę z Nim współpracować, bo nawet kiedy nie rozumiem, kiedy coś mnie przerasta, to po prostu wiem, że tak jest dobrze. Wiem, że On zna moje potrzeby i daje mi to, czego faktycznie potrzebuję, a nie jedynie to, czego w danym momencie chcę.

 

Nie boję się, że moje dzieci będą miały problem z posłuszeństwem wobec Boga, jeśli nie nauczą się posłuszeństwa wobec rodziców. Myślę natomiast, że łatwiej będzie im Jemu zaufać, jeśli zbudują z nami relację opartą na wzajemnym zaufaniu i poszanowaniu swoich potrzeb.

Małgorzata Musiał

Małgorzata Musiał
Zajmuję się wspieraniem rodziców w ich rodzicielskich wyzwaniach - prowadząc bloga www.dobrarelacja.pl oraz pracując w toruńskim stowarzyszeniu "Rodzina Inspiruje!". Skończyłam studia pedagogiczne, jednak największym polem doświadczalnym jest dla mnie – rzecz jasna – matkowanie trójce potomków. Każdego dnia na nowo staram się realizować rodzicielstwo oparte na osobistym doświadczeniu Boga - Ojca kochającego bezwarunkowo, bezgranicznie, zawsze.

7 komentarzy

  1. Dziękuję za to, co napisałaś o wolności wobec Boga. Cieszę się, że ktoś jeszcze tak rozumie swoje bycie-Bożym-dzieckiem – Nie jako szereg zakazów i nakazów, a wezwanie do wolności. Bardzo ważny dla mnie tekst!

  2. Ja również dziękuję.

  3. Bo dzieci powinny jak najwięcej mieć wolności, żeby poznać jak najbardziej siebie i wybrać to, co najbardziej odpowiada im cieszyć się życiem. Dorośli powinni dawać bezpieczeństwo, wsparcie, miłość.

  4. Przeczytalem artykul. Brzmi ciekawie, choc nie wiem jak to sie przeklada na rzeczywistosc.

    Pod koniec jest napisane „Wiem, że On [Bog] zna moje potrzeby i daje mi to, czego faktycznie potrzebuję, a nie jedynie to, czego w danym momencie chcę.”
    A przeciez wczesniej „Wiem, że aby dziecko mogło zacząć dzielić się altruistycznie swoją własnością, musi przejść bezkolizyjnie etap „to moje, nie oddam”. Musi przesadnie podkreślać swoją własność, rozciągając jej granice również na to, co do niego de facto nie należy”.

    Czy to znaczy, ze mam usuwac z zasiegu dziecka wszystko to czego nie chce, badz nie moge pozwolic na (chocby dlatego, ze sie do tego przed kims zobowiazalem, np. z pracodawca), zeby roscilo sobie prawa?
    A jak jus cos zakazanego „dorwie”, to mam pozwalac, zeby dowonie tym dysponowalo?

    Dziecko ma przejsc bezkolizyjnie (sic!) ten etap… jak na tym swiecie mozna przejsc jakakolwiek relacje z drugim czlowiekiem bezkolizyjnie?

    • MMusiał

      Roszczenie sobie praw do cudzej własności nie oznacza, że dziecko musi ją otrzymywać – chodziło mi bardziej o to, że jest taki etap w życiu dziecka, kiedy taki mechanizm istnieje i to jest normalne (rodziców często to niepokoi).
      Bezkolizyjność natomiast w tej sytuacji oznacza dla mnie właśnie nie zmuszanie dziecka „podziel się” – zmuszanie w imię wychowania altruisty, człowieka skorego do dzielenia się z innymi. Bezkolizyjnie jest wtedy, gdy dajemy dziecku pełne prawo do dysponowania JEGO własnością wedle JEGO woli.

Odpowiedz Rafal Skasuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry