Nowości
Początek / Rodzicielstwo bliskości / O co chodzi w niekrzyczeniu na dzieci?
O co chodzi w niekrzyczeniu na dzieci?
fot. Łukasz Malinowski

O co chodzi w niekrzyczeniu na dzieci?

Byłam dziś po raz drugi na jeździe konnej. Szło mi raczej słabo (jak to początkującemu), co bardzo denerwowało instruktorkę. Starała się zachować zimną krew, ale widziałam, jak puszczały jej nerwy, kiedy niewłaściwie chwytałam wodze („przecież to boli tego biednego konia, jak mu się uwiesisz na zębach!”), albo kiedy mój koń robił coś zupełnie innego niż to, co kazała nam robić. Czułam się bardzo dziwnie, bo ze wszystkich sił starałam się wypełniać jej polecenia, ale po pierwsze nie wszystkie mogłam lub umiałam zrealizować (ona mówi „w prawo”, a mój koń idzie w lewo), a po drugie, im bardziej ona się denerwowała, tym bardziej byłam zestresowana i tym gorzej mi szło. Instruktorce wydawało się chyba, że po prostu jej nie słucham, bo w pewnym momencie zaczęła rugać mnie podniesionym głosem „jak mówię, że do prawej, to robimy tak, żeby koń skręcił w prawo, a nie w lewo, bo jak skręci w lewo, to nie pójdziemy w prawo”. Jak można się domyślać, nic mi to nie dało, bo nie wiedziałam przecież „jak”, a nie „co” mam zrobić. Pomyślałam, że byłoby nam łatwiej współpracować, gdyby instruktorka nabrała trochę dystansu do swojej misji. Była to bardzo nieprzyjemna lekcja. Ale wiele mnie nauczyła.

 

Nieczęsto ktoś na mnie krzyczy – właściwie od kiedy jestem dorosła, niewiele osób próbowało. Mam kochających bliskich, a osoby obce są skutecznie odstraszane przez normy społeczne. Taki wybuch negatywnej energii z czyjejś strony trafił mi się chyba pierwszy raz od wielu lat. No i po raz pierwszy tak w pełni mogłam zgodzić się z osobą na mnie krzyczącą. Doskonale znam uczucie frustracji, gdy ktoś, kogo próbujemy czegoś nauczyć, zdaje się lekceważyć nasze starania. Znam to uczucie, kiedy odnosimy wrażenie, że kursant celowo nas nie słucha. Znam złość, kiedy osoba powierzona naszej pieczy kogoś krzywdzi i wyrządza szkody. Mam trzyipółletnie dziecko.

 

Nie należę do rodziców celowo podnoszących głos. Nie mówię moim dzieciom (3,5 i 2 lata), że mają coś zrobić, bo inaczej (…!). Nie uważam posłuszeństwa za konieczność i nie dzielę dzieci na grzeczne i niegrzeczne. Ale są sytuacje, które i górę wyrwałyby z posad. Są dni, kiedy nie jestem górą, i są dni, kiedy zwyczajnie nie starcza mi uważności. Bo jak tu być uważnym, kiedy budyń kipi, telefony z pracy się urywają, młodsza wisi starszej na włosach, a starsza okłada młodszą pięściami. Przy granicy wytrzymałości ogarnia człowieka czasem chęć, żeby wszystko przywrócić na właściwe miejsce, uspokoić, poukładać świat i skończyć ten dramat natychmiast. I wtedy jako rozwiązanie nasuwa się przemoc. Bo krzyk jest przemocą.

 

Powinnam teraz napisać akapit o tym, jak zgubne skutki może mieć okazjonalne wrzaśnięcie na przedszkolaka, ale tego nie zrobię. To będzie słaby punkt artykułu, bo jest to i mój słaby punkt. Nie lubię słuchać o strasznych rzeczach, które robię swoim dzieciom, i mieć z tego powodu poczucia winy. Taka narracja prowadzi moją wyobraźnię ku wizji nieodwracalnych szkód, a przecież nie jest za późno, żeby wszystko zmienić. Zamiast tego napiszę, co może się wydarzyć po takim odwróceniu.

 

Od tamtej pory nie podniosłam na dzieci głosu. Ani razu. Co robię zamiast tego?

– nic, po prostu mówię spokojnie, bo czuję mniej złości;

– modlę się (o siłę i spokój);

– śpiewam (bo brzmię wtedy głupio, a jeszcze głupiej i gorzej brzmiałabym wrzeszcząc; bo to rozładowuje napięcie moje i dzieci; bo lubię śpiewać i to mi przypomina, że w każdej sytuacji mam wybór między dobrem, które lubię, i złem, którego nie lubię);

– przytulam (kontakt fizyczny przywraca więź i pozwala okazać empatię; ładny zapach mojego dziecka przypomina mi o tym, że bardzo je kocham);

– w ostateczności wychodzę na balkon (chwila samotności skrzywdzi dzieci mniej niż strofowanie i eskalacja złości);

 

A codziennie:

– modlę się (dziękczynnie i powierzam sprawy, z powodu których mogłabym krzyczeć na dzieci);

– rozmawiam codziennie z dziećmi o różnych rzeczach i śmieję się z nimi (nasze bycie razem nie ogranicza się wtedy do poleceń/próśb/ograniczeń);

– troszczę się o siebie (przede wszystkim obniżam sobie poprzeczkę, próbuję dosypiać, słucham swoich emocji, jestem dla siebie równie dobra, jak dla swoich dzieci).

 

Początek był trudny, bo złość jest jak nałóg – przynosi szybkie rozładowanie i pozorną ulgę. Miałam cały czas w głowie moją instruktorkę jazdy konnej i myślałam, że tak bardzo chcę być lepszą instruktorką życia. Po dwóch tygodniach zobaczyłam owoce. Moje starsze dziecko rozkwitło. Jest spokojne i pewne siebie, popełnia mniej błędów. Rzadziej wpada w złość, nie napina się, kiedy o coś je proszę. Mówi spokojnie o swoich potrzebach i potrafi przyjąć odmowę. Lubi rozmawiać, lubi argumentować, zamiast wpadać w bojowy nastrój lub jęczeć (słyszałam kiedyś, że można napisać książkę o jęczących czterolatkach). Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, co dzieje się w relacjach między dziećmi. Zamiast egzekwować różne rzeczy od siebie nawzajem, okazują sobie miłość i zaufanie, idą na ustępstwa. Wszystko, czego nie osiągnęłam namowami, nakazami i przemowami w imię zasad („przecież nie możesz jej tłuc, ile razy mam mówić”), teraz dzieje się „samo”. Oczywiście, są problemy, ale ich waga i czas trwania nie są w najmniejszym stopniu porównywalne z tym, z czym musiałam mierzyć się krzykiem. Ale chyba najważniejsze jest to, że ja czuję się lepsza i jestem lepsza niż byłam. I że każdy może to zrobić.

Kalina Iwanek

Kalina Iwanek
Tłumaczka, mama dwóch dziewczynek (ur. 2010 i 2012r.). Mieszka na wsi i pali w piecu. Lubi filozofię dialogu i Heideggera. Wierzy w wolność i podmiotowość ludzi, w tym dzieci. Prawie skończyła psychologię:)

40 komentarzy

  1. Świetny tekst. Ta lekcja jazdy konnej… Doskonały obrazek, przemawiający do każdego. I dla mnie – bardzo na czasie:) Dziękuję.

  2. bosze az laz sie kreci w oku jakbym czytala o sobie i swoich dzieciach, od jutra nowy rozdzial bez krzyku :-)

  3. cudny artykuł, bardzo dobrze napisany , fajnie pokazuje jak można przestać, mi się bardzo przyda. Sposób jak podałaś punktami co robisz zamiast, bardzo przydatny. :)

  4. Kalina pozdrawiam Cie serdecznie , pomoglas mi,nie da sie lepiej tego ujac tak jak Ty to napisalas. …powiem po cichu…ze troche Cie znam… z opowiadan:)

  5. u mnie z kolei jest tak, że to ja mam tzw „stoicki spokój” a mój mąż załatwia wszystko krzykiem przez co córka nie chce żeby tata ją np kładł spac, woli płakac do czasu kiedy mama nie przyjdzie. Są dni- ciężkie dni kiedy nasza córka ma straszne chimery i jak widzi tatę, to mam wrażenie że mąż działa nią jak „płachta na byka”. Przeczytałam ten artykuł i zasugerowałam aby również przeczytał, zerknął tylko i odburknął że nie będzie czytał takich bzdur :( jest mi strasznie przykro z tego powodu, że zostaję z tym wszystkim sama i że nie poświęcił dosłownie 3min na przeczytanie tego :( nie wiem co mam robic :(

    • Może Mężowi wydrukować i położyć obok gazety przy obiedzie, albo w innym miejscu, gdzie się na to natknie, iść do psychologa całą rodziną (jak usłyszy z ust innej osoby niż Żona pewne argumenty to to lepiej działa), drążyć małymi kropelkami, podsyłać maile…

    • Kalina Iwanek

      Bardzo mnie poruszył Twój komentarz. U nas w domu to mój mąż jest tym spokojniejszym rodzicem i do niedawna było dokładnie tak, jak piszesz, tylko że to na mnie moje starsze dziecko reagowało płaczem. Potrafiła płakać godzinami, żeby przyszedł tata. Było mi strasznie przykro i bardzo mnie to denerwowało. Tym bardziej trzymam za Was kciuki!:)

  6. Zamiast modlitwy polecam mantre. Rownie skuteczne.

    • Nie nie równie skuteczne, a ten portal zrzesza ludzi którzy wierzą w Boga jedynego i buddyjskie mantry nie są zgodne z naszą religią.

      • Modlitwa jest skuteczna, wręcz fenomenalna. Dla ludzi wierzących. Dla pozostałych – to oczywiste, że nie. Dlatego więc niech mantra pełni rolę uspokajacza. Nie zgodzę się tylko ze słowem ‚zamiast’. Szerzenie dobra jest możliwe na różne sposoby. Bóg kocha gorliwego, poszukującego, dobrego człowieka, a nie tylko i wyłącznie oddanych Jemu całym sercem (przywołuję np. przypowieść o zagubionej owcy). Szerzmy dobro nie ‚zamiast’, ale ‚obok’.

        Natomiast niegrzeczny komentarz ‚joan’ wydaje się budować mylny obraz chrześcijaństwa. My nie mamy za zadanie nakrzyczeć na ludzi innej wiary, oburzać się na nich i przeganiać na swoje poletko, tylko swoim przykładem okazywać dobroć i wiarę. Nie dziwię się, że tak wielu ludzi odwraca się od Kościoła skoro obrazy średniowiecznych krucjat wciąż są obecne w naszej codzienności, tylko przybrały łagodniejszą formę.

        • Agnieszka Piskozub-Piwosz

          Myślę, że nadszedł moment, bym jako odpowiedzialna za to miejsce w sieci, napisała kilka słów. Jest to ostatnie miejsce w całym internecie, gdzie chciałabym, by ktokolwiek czuł się obrażany, odtrącany, obrażany. Niezależnie od tego, jakie są jego poglądy w kwestii wiary, wychowania, etc. Jednakże jestem przekonana, że to ważne, by – absolutnie bez intencji obrażania innych – mówić jasno: „ten pogląd nie mieści się w ramach rodzicielstwa bliskości”, „takich metod wychowawczych nie promuję”, „to, co piszesz, nie jest zgodne z chrześcijaństwem”… Co do mantr – akceptując tamten komentarz, nie miałam wglądu w intencje piszącego. W pierwszym odruchu uznałam, że może ta osoba chce ironicznie wskazać na nieskuteczność i modlitwy, i mantrowania. W drugim, że może szczerze poleca coś, co uważa za równie wartościowe. Nie wiem, jak było. Nie chcę jednak wprowadzać tu cenzury, wierzę, że możemy rozmawiać i wyjaśniać różne kwestie. Jestem wdzięczna Joan, że wspomniała o tym, że z punktu widzenia chrześcijaństwa modlitwa i mantra nie są tym samym. Jestem wdzięczna Agacie, że troszczy się o to, by nikt nie został stąd „przeganiany na swoje poletko”. Nie jestem żadną z Was i nie znam Waszych intencji, nie czuję się kompetentna rozsądzać, kto był niegrzeczny, kto kogo ocenia itd. Proszę o to, by pisać o swoich uczuciach, potrzebach i w miarę możliwości unikać ocen.

          • Czasami trudno przesiać własne słowa przez sito, zwłaszcza kiedy chce się napisać dużo. Użyłam słowa ‚niegrzeczny’, bo ton wypowiedzi taki mi się wydał, ale to prawda, że nie da się ocenić czyichś intencji po przeczytaniu jednego zdania. Zatem przepraszam. Gramy w jednej drużynie i mówimy to samo, a słowa, których używamy są tak różne, że przypominają polemikę :)

          • Agnieszka Piskozub-Piwosz

            Bardzo dziękuję Ci za zrozumienie i te słowa:)

          • A ja się cieszę, że ktoś wreszcie podjął ten temat. Ja niestety mam tak samo, nie mam cierpliwości, jestem strasznie nerwowa i wkurza mnie to, że moja córka w tym samym wieku co Twoje starsze dziecko wychodzi, gdy mówię, żeby po sobie posprzątała zabawki. I mogę sobie tak gadać i gadać.. Sęk w tym, że dopóki nie krzyknę to się nie doczekam. A jeszcze lepiej z dwulatkiem- ten to dopiero ma wszystko kompletnie w d… Wkurza mnie to lekceważenie, ale mimo wszystko potem wyrzucam sobie jaką to jestem złą matką. Dałaś przykład, że nie jestem z tym sama, że jest mnóstwo takich sfrustrowanych matek. A jednak ciężko sobie z tym poradzić.. Też się modlę- najbardziej o cierpliwość. Ale jak na razie różnie z tym bywa. Chociaż.. może jest ciut lepiej. W każdym razie, jak nie wyląduję w wariatkowie, to będzie prawdziwy CUD :)

  7. Super tekst, metody wypróbuję na pewno.

  8. Dalas mi do myslenia… Az w srodku poszulam straszna panike, matkooo co ja robie… Kocham moje dzieci, pragne dla nich tego co najlepsze… A krzywdze je krzyczac… Wazne jest by w pore sie opanowac bo tak jak ze slowem „nie” ze nie slysza tego… dzieci przestana slyszec krzyk a wtedy poziom flustracji wzrosnie jeszcze bardziej… Nie chcemy tego ! Dziekuje !

  9. Mam dwie małe dziewczynki i mnóstwo przemocy między nimi, sam na nie krzyczę rozdzielam je siłą.. no i nic to nie daje. dziękuję bardzo za ten artykuł.

    • polecam Jaspera Juula i jego książki, ” Agresja nowe tabu” ” Twoje kompetentne dziecko” ” Twoja kompetentna rodzina” czy ” nie z miłości” , mogą Ci pomóc.

    • Nie wiem, czy Ci to pomoże, ale nam dużo pomogło jak zaczęłam głównie zajmować się ofiarą i jej bólem, a nie sprawczynią i jej „nawracaniem”. Koiłam pobite czy pogryzione dziecko i rozmawiałam o tym, co się stało. Drugie dziecko w końcu przychodziło i wtedy tłumaczyłam, że jeśli żałuje, to może przeprosić, albo (kiedy to pierwsze reagowało złością), że to jeszcze nie czas na to. To mi mocno ograniczyło sytuacje, w których młodsza biła starszą „dla zabawy”.

  10. Niby takie oczywiste, a jakie trudne do zrobienia…Mam. dwuletnią córkę i odkąd ona weszla w fazę przekory a ja zaszlam w ciążę jest gorzej…

  11. wczoraj czytałam ten teks i cały czas słyszę w myślach fragment Twojego tekstu „krzyk jest PRZEMOCĄ”dziękuję za te mocne słowa tego właśnie potrzebowałam…..

  12. Świetny tekst! Taki, który muszę wydrukować i powiesić na lodówce, coby była szansa że i mąż przeczyta…
    mam nadzieję, że uda nam się pilnować siebie (i siebie nawzajem) i zapewnić Zosi dom, w którym się niczego krzykiem nie rozwiązuje

    i pomysł ze śpiewaniem jest rewelacyjny! :D

  13. Ten obrazek z jazdy konnej bardzo dobry. Bardzo trafny. Pozwolił mi sobie przypomnieć o mojej jeździe autem kiedy to instruktor na mnie krzyczał. Dziękuję, że to nazwałam „nie wiedziałam jak a nie co”.
    Będę wracała myślami do tej scenki i do tego artykuły co jakiś czas. Tak dla odświeżenia. Pozdrawiam

  14. Zeby to takie proste jeszcze bylo, ajk czlowiek nerwowosc w genach dostal ;)

  15. krzyk w stosunku do dzieci to zwykła przemoc psychiczna czyli agresja.Agresja rodzica powoduje agresję u dziecka.Dziecko staje się nieposłuszne,czuje się poniżone .niedowartościowane i gorsze od innych,niedowartościowane.W swojej długoletniej pracy z dziećmi starałam sie mówić cicho nawet b. cicho i chwalic dzieci .Daje to świetne efekty.

  16. Mam dzieci w podobnym wieku, prawei 4 lata i 2,5, chłopcy. Kocham ich do szaleństwa…ale czasem mam dość i krzyczę i potem mam ogormne poczucie winy i to mnie wkręca i mam doła….modlę się o spokój, cierpliwość i jakoś tak Pan mi jej nie przysparzał i miałam do niego o to żal. W niedziele postanowiłam: koniec krzyków!jak mnie poniosło w pon. to pomyślałam, ok, próbujemy dalej, żadnego poddawania się!to dla mojej rodziny!Wczoraj złapała mnie chrypka, dziś już wogóle nie mówie, więc nie krzyczę. I nagle szok, moi chłopcy super sobie radza gdy ich nie rodzielam, nie upominam, jakoś sami dochodzą do porozumienia. Przeczytałam ten artykuł i stwierdzam: spadł mi z NIEBA:):)bo nie tylko moje dzieci ciagną sie za włosy, nie tylko moje jęczą, tak mają wszystkie:)więc ciag dalszy pracy nad sobą….dla nich i dla siebie:)trzymam za wszystkie Mamy kciuki:)oby każdy dzień był dniem pod podniesienia głosu:)

  17. Polecam również, za Thomasem Gordonem, wyrażenie złości. Nawet małemu dziecku, a co dopiero starszemu, można powiedzieć (oczywiście spokojnie, bez krzyku), że bardzo się zdenerwowaliśmy czymś i potrzebujemy chwili, aby się uspokoić. Pamiętajmy, żeby konkretnie nazwać sytuację, nigdy nie możemy powiedzieć, że dziecko nas zdenerwowało, tylko ew. jego zachowanie, albo sytuacja która się dzieje. W podanym przykładzie uczenia możemy powiedzieć, że jestem zdenerwowany, ponieważ nie umiem wytłumaczyć ci czegoś. Poza efektem zmniejszenia napięcia w nas, płynie tutaj dodatkowa korzyść, mianowicie uczymy dzieci wyrażania swoich emocji we właściwy sposób. Szczerze zachęcam do „Wychowania bez porażek” Gordona :)

    • Kalina Iwanek

      Dziękuję za polecenie lektury! Chętnie sięgnę i czuję, że polubię się z T. Gordonem;) Pamiętam, jak powiedziałam pierwszy raz mojej córce, że coś mnie złości i frustruje (to chyba było zakładanie dzieciom butów – powiedziałam, że denerwuję się, bo nie potrafię pozakładać im bucików tak szybko i skutecznie, jak bym chciała) – okazała ogromne wsparcie, aż sama się zdziwiłam. Dlatego bardzo spodobał mi się Twój komentarz:)

  18. Twoje słowa koją. Pochodzę z rodziny, w której metodą na dzieci był ‚kij i ryj’. Nie chcę być wulgarna, ale staram się jak najwierniej pokazać to, co czuję. Wyrosłam w domu bez szczerej wiary (choć praktyki religijne były codziennym rytuałem), bez oświecenia etc. W mojej krwi płynie więc wrodzona złość, agresja. Jednak miałam szczęście pójść na studia do innego miasta, przejść szkołę prawdziwego życia i prawdziwej wiary, poznać wspaniałych ludzi, nabrać dystansu, uporządkować się. Teraz, kiedy mam rodzinę wyraźnie widzę swoje wady i naleciałości, które są wynikiem negatywnych doświadczeń z przeszłości. Ale dzięki m. in. takim tekstom trzymam się w pionie, opanowuję emocje i cały czas trenuję. Nie powiem, że jestem wzorem cierpliwości i ideałem matki polki, dwie córy potrafią doprowadzić do frustracji. Na szczęście można sobie z tym radzić. Teraz mam jeszcze więcej sposobów.

    Prowadzę bloga o tematyce dziecięcej. Dzięki temu mam szanse rozprzestrzenić ten tekst wśród większej ilości osób.

  19. Pięknie napisane. No to nie pozostaje teraz nic innego jak wprowadzić w życie ;)

  20. Kalina Iwanek

    Bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Bardzo mnie podbudowały. Cieszę się, że dla tylu osób niekrzyczenie na dzieci jest ważne:)

  21. od dawna to wiedziałam, ale ten blog zrobił na mnie takie wrażenie, tak mnie dotknął osobiście, że niemal natychmiast zaczęłam zmieniać swoje podejście – za każdym razem, kiedy czułam że wybuchnę, zanim krzyknęłam przypominałam sobie ten wpis i potrafiłam się opanować.. przynosi to tak niesamowite efekty, że znów się wzruszam. jestem szczęśliwa że przeczytałam tę historię, że patrzę na moje dzieci przez inny pryzmat i jeszcze lepiej dostrzegam jak wspaniałe mam dzieci !
    polecam częste powroty do tego tekstu ;)

  22. Dziękuję za ten bardzo mądry wpis. Z tym, żeby nie krzyczeć zmagam się już pewien czas, przestałam krzyczeć dopiero kiedy udało mi się dokopać do źródła uczuć, które mną szargają w różnych momentach, a było to tak ciężkie, że bez modlitwy nie dałabym rady zobaczyć co za tą moją złością stoi. Na szczęście miłość wszystko znosi:) Pozdrawiam

  23. Tak… wrzasnę, a potem się dziwię, że jedno krzyczy na drugie.
    Nic mnie tak nie wnerwia w moim macierzyństwie, żaden bałagan, rozciaprane jedzenie, nic mnie tak nie wkurza, jak krzyki moich skarbów.

  24. Moja żona ma metodę wzięcia głębokiego oddechu i liczenia do 10. To daje jej dystans i zatrzymuje przed krzykiem.

  25. Bardzo dobry i potrzebny tekst. Jedno pytanie: co to jest „uważność”? Obawiam się, że takie słowo w języku polskim nie występuje ;)

    • Agnieszka Piskozub-Piwosz

      Występuje, choć jest nowe. To odpowiednik angielskiego „mindfullness”, czyli postawy bycia uważnym obserwatorem, dostrzegającym drobne elementy rzeczywistości, żyjącym świadomie… Przynajmniej ja tak go używam. Pozdrawiam serdecznie.

Odpowiedz fabryka pomponika Skasuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry