Nowości
Początek / Rodzicielstwo bliskości / Wychowanie bez frustracji
Wychowanie bez frustracji
Stress by bottled_void on flickr

Wychowanie bez frustracji

Rodzice wychowujący swoje dzieci w nurcie Rodzicielstwa Bliskości – tak jak i ja – nieraz próbują wyjaśniać, że nie jest to wychowanie bezstresowe. Zauważyłam jednak, że ich, nasze, wyjaśnienia trafiają nieraz jak kulą w płot. Zastanawiam się nad tym od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że zaczynam rozumieć, gdzie leży problem.

Wynikiem mojej refleksji jest wymyślone na własne potrzeby pojęcie „wychowanie bez frustracji”. Oznacza ono mniej więcej to samo co wychowanie bezstresowe”, ale wprowadzam inny termin, żeby zwrócić uwagę na to, czym według mnie absolutnie NIE JEST wychowanie w bliskości. Ba, jestem coraz bardziej przekonana, że to akurat „tradycyjne wychowanie” (z nagrodami i karami, podkreślaniem grzeczności itp.) próbuje być wychowaniem bez frustracji.

Na początek napiszę, jak doszłam do takich wniosków.

Niedawno gościła u nas przez jakieś dwie godziny koleżanka mojej Mamy, znająca mnie od dzieciństwa. Pani około pięćdziesiątki, matka dorosłej córki. Było to nasze pierwsze spotkanie, odkąd sama zostałam mamą. Zjadłyśmy razem śniadanie. Moja Córka, Ania, na początku nie chciała rozmawiać z nowo poznaną osobą. Musiałam Ją ponosić na rękach, poprzytulać, ogarnąć. Wkrótce jednak zapanowała harmonia: ja rozmawiałam ze Znajomą, a Ania zajęła się swoimi sprawami. W pewnym momencie usłyszałam coś, co przewróciło do góry nogami moją wizję siebie samej:)

Otóż zawsze mi się wydawało, że w oczach osób spoza najbliższej rodziny jestem matką nadmiernie opiekuńczą, zbyt skupioną na dziecku, permisywną itp. Tymczasem usłyszałam: „Ty to nie jesteś wspierającą mamą”. Zszokowało mnie to stwierdzenie. Po chwili zapytałam: „Co ma Pani na myśli?”. Okazało się, że kiedy Ania się uderzyła, nie pobiegłam pocieszać i sprawdzać, czy wszystko w porządku, tylko zapytałam, czy potrzebuje pomocy. Kiedy się polała jogurtem, nie pobiegłam wycierać, a jedynie podałam ręcznik papierowy i dalej rozmawiałam, a Ania wytarła siebie i okolice sama.

Swoją drogą moja rozmówczyni chyba poczuła, że to, co wcześniej powiedziała, nie zabrzmiało dla mnie miło, bo zaczęła mi tłumaczyć, że właściwie to dobrze i że ona za dużo pomagała swojej córce i ta do dziś jest mało samodzielna.

Ja jednak raczej nie wzięłam do siebie wygłoszonej przez nią opinii, za to dała mi ona do myślenia i dzięki niej zrozumiałam wiele spraw.

Tak, moje wychowanie jest wychowaniem… z frustracją. Nigdy nie udajemy, że nic się nie stało. Nigdy nie używam tego sformułowania, bo jest ono z definicji nieprawdą.

Stało się. Kiedy Ania się przewróci  i potłucze, może Ją boleć. Kiedy coś rozwali, to jest rozwalone. Możemy spróbować to naprawić. Raz się uda, raz nie. Ale przecież coś się stało. Nie, nie wygłaszam (zwykle, czasem niestety mnie ponosi) na ten temat wykładów, nie wpędzam Ani w poczucie winy. Ale też nie udaję, że coś to jest nic.

Często nie zgadzam się na coś, czego chce moja Córka. I Ona wówczas się wścieka. Płacze albo krzyczy, kiedyś zdarzało się, że mnie uderzyła. Jest wściekła, sfrustrowana, zawiedziona, wkurzona, smutna. Różnie. Ale jest. Stało się. Zazwyczaj nie ma to wpływu na moją decyzję. Nie zmieniam jej pod wpływem krzyku czy płaczu mojej Córki. Ale też nie zostawiam Ani z tym samej. Nie każę Jej przestać płakać (poza momentami, kiedy nie daję rady, ale nie jestem z tego dumna), nie wmawiam, że to nic takiego, nie okłamuję, że kiedyś tam np. kupię to, czego nie zamierzam kupić, nie proponuję od razu czegoś w zamian, nie odwracam uwagi. Jestem. Przytulam, jeśli chce, pozwalam płakać albo krzyczeć (w miejscu publicznym, gdy to tylko możliwe, zabieram Ją ustronne miejsce, gdzie Jej zachowanie nie przeszkadza innym, i gdzie łatwiej będzie Jej się uspokoić, bo będzie mniej bodźców, np. do łazienki, na dwór). Mówię o tym, co myślę, że czuje, np.: „Jesteś wściekła, bo chciałabyś jeszcze się bawić na tym placu zabaw, a ja mówię, że musimy iść”; „Smutno Ci, bo myślałaś, że kupimy jeszcze coś dla ciebie, a nie kupiliśmy” itp. Ani to odpowiada. Po chwili przestaje płakać i wszystko jest jak dawniej. Nie, że nic się nie stało, ale stało się i sobie poradziliśmy.

Tymczasem widzę, że bardziej „tradycyjne wychowanie” stawia wymóg, żeby nigdy nic się nie stało. Żeby nie było frustracji ani powodów do frustracji. Zawsze ma w zanadrzu jakiś instrument, którego zadaniem jest to spowodować: odwrócenie uwagi, groźbę kary, obietnicę nagrody, pochwałę, krytykę. Byle by wmówić dziecku, że nic się nie stało i nie ma powodu czuć, że coś jest nie tak.

Pamiętam też pewną scenkę z tygodnia adaptacyjnego w przedszkolu: Ania zaczęła płakać, bo nie chciała siedzieć w konkretnym miejscu jadalni (mniejsza teraz o przyczyny). Wzięłam Ją na bok, przytuliłam i słuchałam, nie mówiąc nic. Podeszła do nas przedszkolanka i zapytała: „Jak ona tak płacze, to pani zawsze jej daje to, czego chce?”. To pytanie, zadane zresztą w sposób, który nie bardzo dawał mi możliwość odpowiedzi, mnie zadziwiło. Bo przecież nic Ani nie dawałam, prócz siebie, nic nie obiecywałam, nie rozwiązywałam sytuacji, która była dla Niej trudna – przynajmniej nie wtedy. Wtedy tylko byłam. Ale musiałam zrobić coś albo czegoś nie zrobić, co spowodowało, że nauczycielka uznała, że wychowuję dziecko bezstresowo (i chyba ta łatka przylgnęła do mnie i naznaczyła negatywnie moje relacje z przedszkolem). Domyślam się, że powodem tego było moje przyzwolenie na wyrażenie przez Córkę Jej niezadowolenia. Tak dużo. Tak niewiele.

Jeszcze jedna myśl: wielu rodziców narzeka, że dziecko coś na nich wymusza. Zwykle mnie to dziwiło, bo nie miałam poczucia, by Ania coś na mnie wymuszała. Wreszcie zrozumiałam: na mnie trudno cokolwiek wymusić, bo nie boję się frustracji. Jeśli karmię prawie czterolatkę piersią (choć już coraz rzadziej, dzieci naprawdę same się odstawiają od piersi we właściwym dla siebie czasie!), noszę na rękach, poświęcam czas i uwagę, to robię to dlatego, że Ania tego potrzebuje, a ja chcę Jej to dać. Gdy nie mogę albo nie chcę, to nie daję – ale jednocześnie wiem, że Ania ma prawo być o to wściekła, płakać albo się smucić. Przeżywać frustrację. Nie dlatego że ja tak zaplanowałam, nie dlatego że to jakoś potrzebne, ale po prostu dlatego że tak jest. Życie.

Moim zdaniem rodzicielstwo oparte na więzi to przede wszystkim życie.

[Wpis ukazał się 5 sierpnia 2013 roku na moim blogu Love’s patient. Obecna wersja została przeredagowana, za pomoc dziękuję Ani Chojowskiej-Szymańskiej. Osobom, na których szczególne wrażenie zrobiła informacja o karmieniu piersią prawie czterolatki, polecam nieco późniejszy wpis z mojego bloga: Pożegnanie z karmieniem piersią.]

 

Agnieszka Piskozub-Piwosz

Z wykształcenia teolożka, religioznawczyni i anglistka. Z praktyki wciąż się nawracająca katoliczka, żona, mama, nauczycielka angielskiego, redaktorka i tłumaczka. Chciałaby robić masę rzeczy, uczy się wybierać. Autorka bloga: http://lovespatient.wordpress.com/

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry