Nowości
Początek / Rodzicielstwo bliskości / A po nocy dzień…
A po nocy dzień…

A po nocy dzień…

Otwieram jedno oko. Patrzę, mysza śpi. Szybko zamykam to jeszcze przed chwilą otwarte oko. Skoro się na razie nie obudziła, korzystam i śpię dalej. Nie minęło pięć minut, gdy ktoś wkłada mi palec do oka. Jednak nie pośpię. Ruszam kończynami – zdecydowanie boli mnie wszystko. W głowie układam sobie przebieg nocy: pół nocy mysza popłakiwała, ja ją tuliłam (na zmianę z mężem), a drugą część nocy spała na mnie. Po głowie krąży mi kilka możliwości: czy to zęby tak dokuczają? A może brzuszek? Czy to jednak zbliżająca się choroba? Nie znam odpowiedzi – mysza jest jeszcze malutka i nie mówi. Pozostaje obserwacja i cierpliwość.

Mam nadzieję, że może poranek będzie lepszy? Wstajemy. Łatwo nie jest. Ja bez energii, mysza za to z nadmiarem emocji. Tutaj pomaga poranna rutyna. Ogarniamy pokój, składamy pranie, wyjmujemy naczynia ze zmywarki i jemy śniadanie. Myszka lubi jeść; zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest smakoszem. Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj raczej wszystko jest na nie. Ciężko jej, widzę to. Jestem przy niej i wspieram ją. Zbliża się pora drzemki. Usypianie w każdy normalny dzień trwa kilka minut. Dzisiaj pół godziny. Zasnęła. Patrzę na jej spokojną twarz. Cieszę się, że chociaż we śnie czuje się lepiej. Dalej nie wiem, co się dzieje z małym szkrabem, ale wiem, że poświęcę dzisiaj dużo energii na bycie przy niej i dla niej. Nie zrobię prawdopodobnie większości rzeczy, które zaplanowałam. Jednak nie tracę energii na rozmyślanie, co by było gdyby – wiem, że ona mnie teraz potrzebuje. Potrzebuje wiedzieć, że widzę, jak jej ciężko, że jestem tu i teraz dla niej. To ode mnie dostanie.

Milion myśli, co mogę zrobić w trakcie jej drzemki, przebiega mi przez głowę. Na szczęście przypominam sobie o swoich potrzebach. Jestem niewyspana, poranek nie był łatwy, więc potrzebuję zregenerować siły. Okrywam nas kocem, włączam ulubiony serial, w trakcie którego zasypiam obok niej. Budzę się pierwsza. Mysza przewraca się na drugi bok, ale jeszcze się nie budzi. Spokojnie kończę oglądać odcinek. Myszka budzi się z płaczem. No tak, pewnie coś boli. Tulę ją, mówię do niej, proponuję pierś. Oj tak, pierś wygrywa ze wszystkim. Jest lepiej. Możemy iść na spacer. Na spacerze jest dużo rozpraszaczy, więc i ból jakby mniejszy. Wracamy do domu i mamy kryzys. Mysza popłakuje i „wartburguje” (to nasze określenie na specyficzny dźwięk, który myszka wydaje w trudnych momentach). Zapada szybka decyzja: motam chustę, wkładam do niej myszę, włączam spokojną muzykę, którą nucę jej do ucha, lekko się kołysząc. Myszce jest trochę lepiej, za to mnie łapie kryzys. Kryzys wyczerpujących się baterii. Potrzebuję chwili dla siebie. Patrzę na zegarek, dopiero za godzinę wróci mąż. Ok, muszę wykrzesać z siebie resztki energii. Proponuję zabawę wodą. Mam świadomość, że sprzątać będę później godzinę, ale potrzebuję tych 15 minut, kiedy myszka po prostu zajmie się zabawą, a ja złapię głębszy oddech. Plan się powiódł. Po 15 minutach myszka wraca do chusty. Potrzebuje bliskości. Potrzebuje wiedzieć, że przy niej jestem i że rozumiem, że cierpi. Mówię jej o tym wszystkim.

Na zegarku siedemnasta – wraca mąż. Mówię mu, że dzisiaj jest ciężko. On przejmuje myszkę, a ja mam pół godziny dla siebie. Kładę się i staram się odpocząć. Po pięciu minutach przychodzą oboje. Mysza potrzebuje mamy. No tak, w tych ciężkich momentach chce mnie mieć koło siebie. Padają szybkie ustalenia, kto się czym zajmuje. W trójkę jest łatwiej. Mąż wyczuwa, kiedy potrzebuję wsparcia. Kąpiemy się, kładziemy do łóżka. Czytamy książkę, opowiadamy, jak nam minął dzień. Mysza usypia, a ja mam nadzieję na lepszą noc.

Patrzę na nią. Na to małe ciałko, które śpi niespokojnie, na oczka, które tyle łez dzisiaj z bólu wylały, na ten mikrouśmieszek na buzi. I wiem. Wiem, że jeśli dzisiaj też będzie ciężko w nocy, a potem w dzień, to dam radę. Bo chcę, żeby wiedziała, że jestem tu i teraz dla niej, że nie ma dla mnie niczego ważniejszego niż jej problem. Chcę, żeby po prostu wiedziała, że zawsze będę dla niej.

Martyna Nowakowska-Sosinka

Martyna Nowakowska-Sosinka
Martyna, mama Leny, żona Michała. Pasjonatka tanga, gotowania, malarstwa pop-art, muzyki chillout, dobrego kina i książek. Zawodowo finansista twardo stąpający po ziemi.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry