Nowości
Początek / Blogi / Adwent nieprzeżyty i wigilijna noc
Adwent nieprzeżyty i wigilijna noc

Adwent nieprzeżyty i wigilijna noc

Tym razem będzie dziennikowo, nie pamiętnikarsko ani refleksyjnie. Taka sobie jeszcze forma nieuładzona, in statu nascendi.

Nasz tegoroczny Adwent, samo życie:

- Rozpoczęty chorobą Alberta – najpierw typowa gorączka, przepisowe odczekanie 3 dni, brak poprawy, lekarz, coś na oskrzelach, bactrim nie pomaga, po weekendzie kontrola, zmiany w prawym płucu, jeden antybiotyk nie pomaga, zmiana antybiotyku, bańki, czekanie. Bite 4 tygodnie wszystkiego.

- W międzyczasie – mąż w pracy poza krajem, my cały czas sami. Mam wrażenie, że z musu 3/4 życia spędzam za kierownicą. GPS nie nadąża z szukaniem kolejnych miejsc, gdzie muszę się dostać.

- W mojej pracy – szczyt sezonu, na własnej działalności gospodarczej nie da się wiele odpuścić, bo się zostanie na lodzie bez klientów i bez środków na ZUS, na ubezpieczenie. Albert całymi przedpołudniami sam w domu, rano zawożę Emila do szkoły 13 km, potem pędzę na zlecenia, u Alberta koło łóżka rośnie góra przeczytanych książek. W styczniu Albert skończy 8 lat. W czasie tej choroby zaczął czytać książki, normalnie, od deski do deski. Jest bardzo dzielny. Wie, jak sobie radzić, sam robi drugie śniadanie z zostawionych półproduktów, wita mnie opowieścią o fabule kolejnej przeczytanej powieści.

- Do tego: przeprowadzamy się. Musimy do określonego terminu zwolnić mieszkanie. Wieczorami, tak do 24.00, czasem sama, czasem z kolegą, przewożę stopniowo rzeczy ze starego w nowe miejsce. Pakuję je i segregujęgdzieś w ogóle chyba poza czasem, nawet nie wiem, kiedy. Kolega wyjeżdża służbowo do Amsterdamu, zostaję z przewożeniem całkiem sama.

- Staram się dbać, żeby dzieci miały cały dzień wartościowe, ciepłe posiłki, żeby z nimi gadać. Pomagam Emilowi przygotowywać się do wszystkich bardzo ważnych dla niego przedświątecznych skrzypcowych występów, wożę go do szkoły muzycznej na drugi kraniec miasta, prawie godzinę w korkach w jedną stronę.

- Kawałki niedospanych nocy obrabiam zdjęcia i wiszę ze współpracowniczką na telefonie, bo realizujemy wielkie sezonowe zlecenie. Pracujemy zdalnie, gadamy też przez zestaw głośnomówiący w czasie, kiedy przemieszczam się autem z miejsca na miejsce.

20 grudnia wraca mąż. W nocy jadę po niego na lotnisko. Mżawka, plucha, ciemno.

21 grudnia – 6. urodziny Emila. Rano przewozimy bagażówką ostatnie meble. Spędzamy pierwszą noc w nowym miejscu. Albert nadal na antybiotyku.

22 grudnia – dzieci zostają z dziadkiem, ja jadę z mężem na zlecenie do Bielska. Wreszcie sami. Długa droga przed nami. Możemy na spokojnie pogadać.  A ja wreszcie mogę spokojnie posiedzieć na miejscu pasażera. Przyjeżdżam na zdjęcia do rodziny. Czwórka pięknych, mądrych dzieci. Na stole wieniec adwentowy. W kuchni cudownie polukrowane kolorowe pierniki. Uszyte przez dziesięciolatka filcowe ptaszki na choinkę. Samodzielnie zrobione bombki. Łańcuchy. Czekają w pełnej gotowości na Wigilię. U nas chyba nawet choinki w tym roku nie będzie, bo czasu zabrakło, choinka przywalona gorą gratów gdzieś w piwnicy.

23 grudnia – Emil zaczyna gorączkować, w nocy ma stridor i kaszel krtaniowy, na szczęście bez poważnej duszności, pomaga wietrzenie i wychłodzenie pokoju.

24 grudnia – kontrola u lekarza z Albertem. Płuco wreszcie czyste, antybiotyk kończymy 26 grudnia. Emil – zapalenie oskrzeli. Antybiotyk. Lekarka pozwoliła mimo wszystko pojechać do dziadków na Święta. U nas w domu jeszcze kompletne pobojowisko, żyjemy na kartonach. Mimo radości z przeprowadzki wszyscy przeżywamy szok adaptacyjny. Przymierzamy się do oswajania nowej przestrzeni, nowej logistyki, za każdym razem wracając do miejsca, które ma być moim domem, czuję jeszcze gulę w gardle.

Na Wigilię wjeżdżamy w ostatniej chwili, jak z innej rzeczywistości. Nie czuję nic z atmosfery Świąt. W czasie wigilijnej kolacji u dziadków (są też teściowie, przyjechali 300 km) Albert czyta Ewangelię (niesamowicie wydoskonalił technikę czytania w trakcie swojej choroby), Emil gra na skrzypcach Lulajże, Jezuniu. Ja dostaję dreszczy. Zawijam się w otrzymany pod choinkę koc. Szybko rezygnuję ze spotkania towarzyskiego, bo trudno mi siedzieć przy stole. W nocy dostaję gorączki.

I tu się zaczyna moja Wigilia. Od kilku tygodni wreszcie się zatrzymałam. Leżę. Jestem unieruchomiona. Choćbym chciała, nie mogę się za daleko ruszyć, bo mam koszmarną temperaturę. Nie mogę też zasnąć. Boli mnie każdy mięsień i każdy staw. Nie dziwi mnie to specjalnie – od sześciu lat, odkąd urodził się Emil, nie mieliśmy jeszcze tzw. „zdrowych Świąt”. Mogę za to po raz pierwszy tego grudnia pomyśleć, że właśnie jest Boże Narodzenie. Wiem tylko, że ta nieprzespana noc to był dobry czas, te parę spędzonych w łóżku godzin. Miałam jakieś dobre refleksje, czułam bliskość Tajemnicy Wcielenia, ale nie umiem już nic z tamtych odczuć odtworzyć. Treściowo nie pamiętam szczegółów. To są nieuchwytne momenty, których bezpośredniości doświadczenia nie da się później przenieść na nic nic innego, gdzieś indziej doraźnie zastosować. Ani opisać. Można jedynie na jakieś ewentualne chwile zwątpienia starać się pamiętać, że były. A skoro były, to znaczy, że to wszystko prawda. Że nigdy nie będę sama, bez względu na okoliczności, jeśli tylko zdołam się na chwilę zatrzymać, żeby to dostrzec.

 

 

 

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

Jeden komentarz

  1. Jakbym znała taki Adwent… Moja mama tuż po ciężkiej operacji, tydzień przed świętami dowiedzieliśmy się, ze chemia podawana mojej teściowej nie działa. Bieganie pomiędzy szpitalami. Praca na zmiany mojego męża,ja codziennie do 15.00, a więc mijanka totalna.Dzieci (7 i 13 lat), szkoła, zajęcia dodatkowe. Dodatkowe zlecenia po pracy, bo trzeba zarobić na te święta. Bieganie, zmartwienia i ciągłe kontrolowanie, czy ze wszystkim nadążam, pamiętam, czy kontroluję sytuację. W internecie czytam ciągle o radości i magii świąt, a tu nic z tych rzeczy, nie ma czasu, nie ma nastroju. Ja już tu gdzieś pisałam, że z moją wiarą to tak różnie, ale jakoś ciągle zaglądam na tę stronę, bo w artykułach – także w tym Twoim Aniu – jest jakiś oddech i wyhamowanie, pomimo wszystko:) Życzę dużo zdrowia i siły, i tej Obecności zawsze.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry