Nowości
Początek / Rodzicielstwo bliskości / Poranek: od pobudki do przedszkola
Poranek: od pobudki do przedszkola

Poranek: od pobudki do przedszkola

Poranek. Dla wielu osób to najtrudniejsza część dnia, szczególnie teraz, zimą, kiedy za oknami ciemno, poza łóżkiem zimno i chętnie zamienilibyśmy się w susła lub chociaż pospali „jeszcze tylko 5 minutek”. Cóż, dzieci nie mają opcji „drzemka”, nie ma zmiłuj, wstawać trzeba. Marta przybiega do naszego łóżka między 6 a 7. Po ponad roku rozpychania się na małżeńskim materacu rodziców, od pewnego czasu śpi w swoim pokoju, w moim panieńskim łóżku, w którym w razie nocnego kryzysu jest miejsce dla mamy lub taty (niemowlęce współspanie z rodzicami wcale nie skutkuje uzależnieniem się od nich, jak sugerują niektórzy). Droga z jej pokoju do naszej sypialni jest pełna przeszkód, powoduje totalne wybudzenie, o „dospaniu” nie ma już mowy.

Trudno się nie rozczulić, kiedy cieplutka dwulatka całuje mnie na dzień dobry, wkłada na nos okulary odnalezione na nocnym stoliku i odkrywa kołdrę, ze słowami: „Mamusia, wstawaj, płatki/mleko/kasza!”. Męża już nie ma, pojechał do pracy o 5, jesteśmy same. Idziemy do kuchni, Marta sama decyduje, co i w jakich ilościach chce zjeść. Oczywiście wybór jest ograniczony do akceptowalnych śniadaniowych dań – płatki z mlekiem, owsianka, kanapka, jogurt. Marta od pierwszych pozamlecznych posiłków to co my i dobrze wie, że na śniadanie nie jada się czekolady ani lodów.

Po posiłku czas na pierwsze rodzicielskie wyzwanie – ubieranie. Pozostawienie wyboru: „Które majteczki – z misiem czy z króliczkiem? A rajstopki? Różowe czy granatowe?” nie zawsze skutkuje i często mam uciekającego przed mną z piskiem golasa. Jeśli nie spieszy się nam bardzo, a z racji tego, iż są okolice siódmej, a przedszkole wspiera rodziców – śniadanie jest dopiero o 8:45, mamy sporo czasu. Mogę jej zatem dać wolność nudysty, „widzę, że masz ochotę pobiegać bez piżamki”, podkręcam kaloryfery, żeby nie zmarzła i sama idę się ubrać. Czasem obserwacja tego, jakie fajne rajtki zakłada mama, wpływa zachęcająco i Marta przynosi swoje rajstopki, czasem niestety nie i wciąż nieodziane dziecko towarzyszy mi przy robieniu makijażu. Dostaje do ręki swój pędzelek, jakieś tańsze cienie do oczu i mam potem do umycia piękne twarzowe malowidła. Jestem więc ubrana, wymalowana i gotowa, gorzej z córą, która jest tylko wymalowana, bo nie wszsystko udało się zmyć. Czasu coraz mniej. Staram się zachować spokój. „Chyba lubisz być golasem, co? Pobędziesz nim znów jutro, teraz czas się ubierać!”. Różne sposoby: czytanie książeczek, po każdej inna część garderoby, zachęcenie do samodzielnego ubierania się (kończące się : „mamusia, pomóż!”), wygłupy na materacu podczas naciągania kolejnych warstw– zawsze znajdzie się coś, co nam pomoże i w końcu docieramy do przedpokoju. Nieopatrznie nie schowałam jednej pary jesiennych butów, za co pluję sobie w brodę, bo właśnie te wybiera moja córka. Cóż, myślę, z domu do auta, tam nagrzejemy, z auta do przedszkola (parking tuż przed wejściem, dziękować Bogu), oby tylko nikt nie zauważył. Do torby wrzucam ciepłe kozaki, żeby jednak na wypadek spaceru dziecko nie odmroziło sobie stópek.

Jeszcze tylko stały rytuał opuszczania domu – wybieranie, który wózek wychodzi z nami. Modlę się w duchu, żeby to był ten lalkowy, który bez problemu wrzucę do bagażnika. Na dziecięcy się nie godzę, za dużo miałabym pracy z jego składaniem, upychaniem, zabłoconymi kołami. Zazwyczaj odmowa powoduje łzy i krzyki frustracji, a ponieważ czasu jest już naprawdę mało,jasno i wyraźnie komunikuję – choć nie wiem, czy w tym płaczu w ogóle mnie słyszy – „widzę, że bardzo chcesz zabrać duży wózek na spacer. Możemy to zrobić, jak wrócisz z przedszkola. Teraz wsiadamy do samochodu, zapianamy pasy (mówiąc to, próbuję zapiąć wierzgające dziecko w foteliku), mama siada za kierownicą i jedziemy sprawdzić, co dziś będzie na śniadanko.” I jedziemy. Czasem całą drogę jest płacz. Tak bywa. Ja siedzę cicho, choć trochę trudno mi skupić się na drodze przy tych szlochach, to nie mam innego wyjścia, spieszymy się, do śniadania zostało 15 minut, a moje uwagi, krzyki, rozmowy przecież nie pomogą. Czasem Marta dostrzeże figurę słonia w mijanym składzie budowlanym, padający deszcz, świecące słońce, duży samochód i to wystarczy, żeby zmienić temat i przyjemnie pokonwersować.

Docieramy, wysiadamy. Ponieważ adaptacja wyglądała tak, że chodziłam z Martą do przedszkola przez cały tydzień, codziennie, siedząc na sali razem z innymi dziećmi i pewnie przeszkadzając paniom, przedszkole jest dla niej przyjaznym, bezpiecznym miejscem. W gorsze dni ulubiona pani bierze na ręce, przytula i pozwala się wypłakać. Wiem, że potrzeby mojej Córki zostały zaspokojone (na ile to było możliwe), jej emocje zauważone, wiara w siebie podtrzymana. Mogę zająć się swoimi codziennymi sprawami, aby za kilka godzin znów być blisko niej, wsłuchując się w to, co chce mi powiedzieć. Bo na tym polega Rodzicielstwo Bliskości.

Agnieszka Ostapczuk

Agnieszka Ostapczuk
Na co dzień żona i mama oraz animatorka w katolickiej Wspólnocie Uwielbienia i Ewangelizacji. Zawodowo, jako psycholog rodzinny, łączy swoją fascynację Rodzicielstwem Bliskości z wiedzą z zakresu terapii poznawczo-behawioralnej, wspierając rodziców. Jako doula towarzyszy kobietom podczas ciąży, porodu oraz połogu.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry