Nowości
Moje czekanie

Moje czekanie

Od dawna próbuję ugryźć jakoś temat tamtego okresu i od dawna nie mogę do końca tego zrobić. Trudno mi samej ze sobą o tym porozmawiać, więc zaczynając tę notkę, ryzykownie zmierzam w stronę swojego ciemnego, nie całkiem zrozumiałego obszaru.
Chodzi o czas, kiedy czekaliśmy na nasze dzieci i kiedy one przychodziły na świat. Dawno. Osiem i sześć lat temu. Mimo że tyle czasu upłynęło, wciąż nie rozumiem w pełni, co się wtedy we mnie działo i dlaczego.
Końcówki obydwu moich ciąży przypadły idealnie na Adwent. Albert urodził się w styczniu, Emil – trzy dni przed wigilią Bożego Narodzenia. Oczywiście celebrowałam ten fakt i nadawałam mu ogromne znaczenie, szczególnie wtedy, w samym środku moich studiów, kiedy żyłam i formowałam się w świecie symboli, mitów, archetypów, cytatów, palimpsestów.
Nie będzie tu jednak żadnej spodziewanej opowieści o pobożnie przeżytym Adwencie, pięknie skorelowanym z moim czekaniem na dzieci. Nic z tych rzeczy.
Przeciwnie. Ten czas był okresem mojego wielkiego kryzysu, który na swój użytek nazwałam sobie „kryzysem praktyk religijnych”. Bo nie był to stricte kryzys wiary. Pamiętam, że cały czas miałam wtedy wrażenie, że wiara została sobie spokojnie na swoim miejscu i że prawie wszystko z nią w porządku.
To był jednak czas mojego totalnego zawieszenia się w przeżywaniu rzeczywistości, również tej duchowej. Czas na przeciwnym biegunie – chtoniczny, fizjologiczny. Czas zatrzymany, zahibernowany. Moje pierwsze miesiące z Albertem były okresem zupełnego wyobcowania ze świata. Wyobcowania, jakiego bardzo wówczas bardzo potrzebowałam. Zamknięciem się w ciasnej, domowej przestrzeni i w sobie. Nie docierało do mnie nic z zewnątrz. Nigdzie nie wychodziłam, bo nie miałam takiej potrzeby. I wcale nie czułam się w tym uwięziona. Tylko jakby wyrzucona poza czas, poza społeczną przestrzeń. Na pustynię, gdzie nie ma nic dotychczas znanego. Gdzie trzeba sobie od nowa tworzyć mapę orientacji w świecie, od nowa poznawać wszystko i nazywać. Pisałam wtedy bloga o znamiennym tytule Soliloquia. To zjawisko dotknęło także mojego przeżywania wiary. Jej dotychczasowość została jakby nagle zdmuchnięta. I wszystko – jeśli jeszcze miało być – musiało się zacząć od nowa, w nowej rzeczywistości, w nowych warunkach.
Ten mój adwent – czekanie w totalnej próżni na nowe – trwał kilka lat. Mniej więcej do czasu, kiedy Emil (młodszy syn) miał dwa i pół roku. Cokolwiek próbowałam wtedy budować – natychmiast się sypało. Cokolwiek zmieniać – natychmiast wracało do poprzedniej postaci.
Aż do pewnej Wielkanocy, podczas której tak jak ten kryzys irracjonalnie się pojawił, tak samo irracjonalnie
zniknął, zupełnie bez powodu. A może jako owoc tych moich wcześniejszych byle jakich, niezaangażowanych, ale mających w sobie coś rozpaczliwego prób, podejmowanych na oślep, bez wiary w to, że wypalą? Jak spojrzeć wstecz, od tamtego momentu dostałam wszystko nowe i odtąd wszystko jest inaczej. Jakkolwiek patetycznie może to zabrzmieć – z perspektywy czasu jest prawdziwe. Jeden etap wcześniej moja wiara była… „filologiczna”. Ukształtowana na studiach. Do tej pory mam z tamtego okresu notatki na starym egzemplarzu Biblii z analizami łacińskich i greckich wersji ulubionych fragmentów. To była wiara wsobna, odseparowana, bardzo intymna, kompletnie nierelacyjna. Wycyzelowana ze słów, z wierszy, z toposów martwego języka. W nim zamknięta, bez okna na dialog.
Wraz z pojawieniem się dzieci tych słów jej paradoksalnie zabrakło, tak, że oniemiała na parę lat. Żeby móc od nowa uczyć się mówić. Od najprostszych sylab. Żeby słowo mogło się stać ciałem.
Od tamtego momentu zaczyna się moja fascynująca historia rozwoju z dziećmi, która trwa nieprzerwanie do teraz. Historia powolnego otwierania się, wychodzenia z siebie, podążania od zawsze introwertycznej, aspołecznej mnie ku wspólnocie, ku byciu w nieustannym dialogu. To historia, której cząstką i konsekwencją jest również to, że w tej chwili mam już język, w którym mogę teraz, tutaj pisać tę notkę. „Wtedy” byłoby to całkowicie niemożliwe.

Ania

Ania
Ania - mama dwójki chłopaków w wieku wczesnoszkolnym.

2 komentarzy

  1. bardzo osobisty ten wpis… Znalazlam w nim czastke tego, co sama przezywam po narodzinach synka. daje to nadzieje, ze nie jestem w jakims po prostu martwym punkcie, ale na poczatku jakieks drogi:) dziekuje

  2. Ania

    Dziękuję, Aniu, serdecznie, za Twój głos. Dzięki takiemu uświadamianiu sobie i werbalizowaniu czasem trudnych dla mnie do strawienia doświadczeń, okazuje się też i dla mnie, że nie jestem sama w wielu swoich doświadczeniach, jak mi się wcześniej zdawało. To też dla mnie b. ważne!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry