Nowości
Początek / RB i wiara / Nie mój rozkład dnia, ale moja miłość
Nie mój rozkład dnia, ale moja miłość
fot. Paweł Piwosz

Nie mój rozkład dnia, ale moja miłość

Czy ktokolwiek z rodziców nie pomyślał choć raz o tym, ile czasu miał do swojej dyspozycji przed narodzeniem (pierwszego) dziecka… i jak go nie doceniał? Nie wiem. Ja wiele razy nad tym rozmyślałam. Albo złościłam się o to – na siebie, na dziecko, na męża, na niesprawiedliwość świata…;)

 

Czas… Dla mnie jedna z największych zmian, jakie dokonują się po narodzeniu dziecka, dotyczy czasu. Pisałam o tym półtora roku temu (jako mama 2,5-latki) na moim blogu: „Ale jedna zmiana jest w tym wszystkim największa – że to [zmiana związana z macierzyństwem] jest przestawienie się na cudzy zegarek. I to jest, moim zdaniem, jedna z największych spraw macierzyństwa. To, jak sobie z tym poradzisz.

Ja bardzo, bardzo długo się szarpałam. Owszem, działałam według cudzego zegarka, ale z poczuciem krzywdy, straty, niecierpliwością, wyliczaniem czasu… Przekonana, że po swojemu byłabym teraz kimś lepszym, osiągnęła więcej, zrobiła tyle rzeczy sprawniej, lepiej, w ogóle zrobiła.

A jednak w tym także może być łaska. Błogosławieństwo”. Więcej tutaj: Zmiana tempa

 

Z perspektywy czasu… podtrzymuję to, co napisałam. Ale chcę tę kwestię rozwinąć (teraz mam więcej możliwości, dziecko umie samo spać bez trzymania mnie za rękę tudzież pierś, chodzi do przedszkola…, jest inaczej; każdy etap rozwoju dziecka i rodziny niesie za sobą inne problemy związane z czasem).

 

Bycie mamą uczy mnie cierpliwości w tym, że nie jestem panią swojego ciała, życia, czasu. Owszem, jestem wolna. Ale nie jestem samotną monadą. Moja wolność to wolność miłości. Kocham i chcę być wsparciem dla mojego dziecka. A to wymaga czasu – i w dzień, i w nocy. Banalne, ale przecież wcale niełatwe.

 

Bycie mamą, zwłaszcza małego dziecka, oducza nas kurczowego trzymania się planów (przynajmniej gdy próbuje się podążać za potrzebami dziecka, a nie wdraża różnorodne plany przedstawiane przez samozwańczych ekspertów od tego, co dla dzieci dobre). Uczy kreatywności i elastyczności. Ale jest jeszcze coś ważniejszego…

Dając ten czas dziecku (czasem przez łzy bezsilności, gdy – ledwie usnęło – zabierałam się do ważnej dla mnie sprawy i wtedy się budziło), można poprzestać na oczekiwaniu, by to minęło, by dziecko dorosło, usamodzielniło się, dało nam spokój. Można szukać z niepokojem przyczyn tego stanu rzeczy, w przekonaniu, że powinno więcej spać, wcześniej zacząć się samo bawić, mniej od nas chcieć…

Można też oddawać to Panu Bogu. Z prośbą, by stan rzeczy się zmienił? To była moja pierwsza, spontaniczna reakcja. No i zmienił się, ale to też wymagało… czasu. Stało się jednak coś innego. Bardzo powoli i mozolnie uczę się, że TO jest czas zbawienia („Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia” pisze Paweł w 2 Kor 6,3).

 

Zadanie każdego z nas polega na robieniu z miłością tego, co możemy zrobić w danej chwili. Aby być w stanie je wypełnić, trzeba zrezygnować z gdybania, co by było… gdyby nasze dziecko było mniej wymagające, gdyby urodziło się wcześniej albo później, gdybyśmy my byli inni. Przyjęcia tej radosnej, choć nieraz zaskakującej nowiny, że Pan Bóg zbawia nas w tym życiu, które mamy, a nie w hipotetycznym, które moglibyśmy mieć, gdyby nie coś tam… Że naprawdę układanie klocków może być bardziej Boże dla danej osoby w danym momencie jej życia niż inne dzieła, które pewnie świat bardziej by docenił. Efektywność miłości jest inna niż efektywność wielkiego świata. Nie warto przykładać obiektywnych miar do tego, jak podążamy za potrzebami: swoimi i bliskich nam osób.

 

Jednocześnie, jeśli szukamy woli Bożej – co wydaje się na początku trudne (ba, jak słyszałam parę lat temu „wola Boża”, to od razu przestawałam słuchać) – odkrywamy, że ona zawsze dotyczy miłości. I mamy szansę odkrywać miłość i w obieraniu ziemniaków, i w robieniu raportów finansowych, i w prowadzeniu auta… Odkrywamy też, że ta miłość nas nie wyklucza. I że wolą Boga może być nasz odpoczynek, szukanie przez nas wsparcia, rezygnacja z perfekcjonizmu…

Dla mnie wielką pomocą w spędzaniu czasu z dzieckiem było znalezienie choć kilku chwil dla siebie… Troska o nie. O to, by jak się już znajdą (a na początku znajdowały się naprawdę sporadycznie i były bardzo krótkie, moja Córka długo była bardzo niechętna spędzaniu czasu beze mnie w jakiejkolwiek formie), to nie marnować ich na bzdury, ale naprawdę się o siebie zatroszczyć. Wybrać kąpiel zamiast przeglądania internetu. Rozmowę z kimś serdecznie nastawionym zamiast siedzenia w domu i zastanawiania się, co zrobić przez tę krótką chwilę. Modlitwę w tramwaju zamiast przeglądania zawartości komórki… To akurat wybory, które ubogacają mnie, każdy znajdzie swoje…

Czas. Okazja, by kochać.

I w tym właśnie widzę, jak urzeczywistnia się Jego Królestwo. Niewiele rozumiem z dzisiejszego święta Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Nie należy do moich ulubionych ani szczególnie celebrowanych. A jednak dziś, gdy nad tym wszystkim rozmyślam, wydaje mi się, że On może królować, gdy poświęcam (sic!) swój czas na kochanie. Że Jego królestwo przez to rośnie w moim sercu i w świecie wokół.

Agnieszka Piskozub-Piwosz

Z wykształcenia teolożka, religioznawczyni i anglistka. Z praktyki wciąż się nawracająca katoliczka, żona, mama, nauczycielka angielskiego, redaktorka i tłumaczka. Chciałaby robić masę rzeczy, uczy się wybierać. Autorka bloga: http://lovespatient.wordpress.com/

5 komentarzy

  1. Od zawsze miałam ogromny talent do marnowania czasu, a ilekroć nagle wypadało coś niezaplanowanego (z cudzej winy), mogłam na tego kogoś zwalić, że nie miałam czasu zabrać się za to czy tamto. Jednocześnie zawsze mam ogromną satysfakcję, gdy udaje mi się odfajkować coś z listy rzeczy do zrobienia. Zastanawiam się więc, dlaczego tak rzadko to robię… Teraz czasami też zwalam na dziecko, ale z drugiej strony, odkąd ono jest na świecie, jestem już odrobinę gorsza w marnowaniu czasu :)

  2. Agnieszka Piskozub-Piwosz

    Paulina, dzięki za komentarz! Poruszyłaś ważny wątek. Bywają chwile, kiedy mam bardzo podobnie, jak opisujesz;) I można sobie samemu wmówić, że się nie da, bo przecież dziecię… Ja wielu rzeczy faktycznie nie mogłam i nieraz nadal nie mogę. Ale to jest sztuka, którą warto posiąść… Rozeznawanie…:) No i podejmowanie małych kroków. Małe kroki są moim zdaniem bardzo drogie Panu Bogu.

  3. Ciekawy artykuł. Dla mnie to rzeczywiście był lekki szok. Mimo świadomego zostania mamą itp. Tak teraz myślę, że własnie ta niemożliwość decydowania o sobie i swoim czasie była dla mnie najtrudniejsza na początku. Teraz też zupełnie inaczej to postrzegam. Ale i tak artykuł dal mi trochę pozytywnych przemyśleń.

  4. Agnieszko, dziękuję za słowa o wyborach. Wybrać kąpiel zamiast przeglądania internetu, wybrać modlitwę w tramwaju zamiast przeglądanie zawartości komórki. Różne te wybory są, bo różne są potrzeby. Zdarza się, że wybieram ciszę i modlitwę w samochodzie. Zdarza się, że czasami (tak jakoś ostatnio) jednak te moje wybory nie odpowiadają na moje potrzeby i dziś mnie Twój artykuł zainspirował, przypomniał o tym, że może warto się zdecydować na coś co mnie wzbogaci.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane są zaznaczone. *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przewiń do góry